Zabrałam mamę do siebie, ale po miesiącu odwiozłam ją z powrotem — czy naprawdę jestem potworem?

— Mamo, proszę, nie rób mi tego — powiedziałam, czując jak głos mi drży. Stałyśmy w mojej kuchni, a ona patrzyła na mnie tym swoim nieobecnym wzrokiem, jakby już dawno podjęła decyzję. W powietrzu wisiała cisza, którą przerywało tylko tykanie zegara.

Kiedy miesiąc temu zabierałam mamę ze wsi do mojego mieszkania w Warszawie, byłam przekonana, że robię coś dobrego. Przecież była już po siedemdziesiątce, coraz trudniej radziła sobie sama w starym domu. Zimą bałam się, że przewróci się na oblodzonym podwórku i nikt jej nie pomoże. Mój brat Adam mieszkał za granicą, a siostra Magda miała własne życie i rodzinę w Krakowie. Wszyscy mówili: „To ty jesteś najbliżej, Aniu, to twoja kolej”.

Przywiozłam ją do siebie z poczuciem misji. W moim dwupokojowym mieszkaniu zrobiłam dla niej miejsce — wyniosłam biurko z gabinetu, kupiłam nową pościel, nawet jej ulubioną herbatę. Przez pierwsze dni czułam się jak bohaterka: gotowałam jej obiady, chodziłyśmy na spacery po parku, rozmawiałyśmy o dawnych czasach. Ale bardzo szybko zaczęły się zgrzyty.

Mama nie mogła przyzwyczaić się do miasta. Narzekała na hałas, na sąsiadów, na to, że nie zna nikogo. „Na wsi przynajmniej mogłam wyjść do ogrodu” — powtarzała codziennie. Zaczęła się zamykać w sobie, coraz mniej mówiła. Ja wracałam zmęczona z pracy i marzyłam o chwili ciszy, ale ona czekała na mnie z pretensjami: „Nie masz dla mnie czasu”, „Ciągle siedzisz przy komputerze”, „Nie tak sobie to wyobrażałam”.

Pewnego wieczoru usłyszałam przez ścianę jej cichy płacz. Poczułam się jak najgorsza córka świata. Próbowałam ją pocieszyć, tłumaczyć, że przecież robię wszystko co mogę. Ale ona tylko patrzyła na mnie smutno i mówiła: „Chcę do domu”.

Zaczęły się kłótnie. O drobiazgi: o to, że nie kupiłam jej ulubionego chleba, że nie umiem zrobić pierogów tak jak ona, że nie pozwalam jej podlewać kwiatków na balkonie bo „to nie to samo co ogród”. Czułam narastającą frustrację i bezsilność. Próbowałam rozmawiać z rodzeństwem — Adam powiedział tylko: „Musisz być cierpliwa”, Magda: „Nie przesadzaj, to tylko starsza osoba”. Ale nikt nie zaproponował pomocy.

W pracy zaczęłam popełniać błędy. Szef zwrócił mi uwagę: „Aniu, jesteś rozkojarzona”. Przyjaciółki przestały zapraszać mnie na spotkania — zawsze odmawiałam, bo musiałam być w domu. Czułam się uwięziona we własnym życiu.

Pewnego dnia mama powiedziała: „Nie chcę tu być. Proszę, zawieź mnie do domu”. Siedziałyśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole. Jej dłonie drżały, oczy miała pełne łez. „Tu nie jestem sobą” — wyszeptała.

Nie spałam całą noc. Przewracałam się z boku na bok, analizując wszystko od początku. Czy naprawdę zrobiłam źle? Czy powinnam była zostawić ją samą na wsi? A może to ja jestem egoistką?

Rano zadzwoniłam do Magdy.
— Magda, mama chce wrócić do siebie. Ja już nie daję rady…
— Anka, nie możesz jej tam zostawić! Co ludzie powiedzą? — usłyszałam w słuchawce.
— A co ja mam zrobić? Ona tu cierpi!
— Musisz być silna! — rzuciła i rozłączyła się.

Adam nawet nie odebrał telefonu.

Po tygodniu poddałam się. Spakowałyśmy rzeczy mamy do walizki. Jechałyśmy samochodem przez pół Polski w milczeniu. Kiedy wysiadłyśmy przed jej domem na wsi, zobaczyłam jak jej twarz rozjaśnia się po raz pierwszy od miesiąca.

Pomogłam jej wejść do środka. W kuchni od razu zaczęła krzątać się przy piecu, jakby nigdy nie wyjeżdżała. Ja stałam w progu i czułam narastającą gulę w gardle.
— Dziękuję ci, Aniu — powiedziała cicho. — Ale tu jest mój dom.

Wróciłam do Warszawy z poczuciem porażki. Telefon rozdzwonił się już następnego dnia.
— Jak mogłaś ją zostawić samą?! — krzyczała Magda.
— Jesteś bez serca! — napisał Adam w SMS-ie.
Znajomi patrzyli na mnie z ukosa. Nawet sąsiadka z klatki rzuciła mi kiedyś: „Nie każdemu chce się opiekować matką…”

Przez wiele tygodni żyłam w poczuciu winy. Dzwoniłam do mamy codziennie — czasem odbierała z uśmiechem, czasem była smutna i zmęczona. Ja wracałam do pustego mieszkania i zastanawiałam się: czy naprawdę jestem potworem? Czy można kochać kogoś i jednocześnie nie umieć z nim żyć?

Czasem myślę o tym wszystkim wieczorami, kiedy patrzę przez okno na światła miasta i słyszę echo własnych myśli: Czy każda dobra intencja musi kończyć się bólem? Czy można być dobrą córką i jednocześnie zadbać o siebie? Może są rzeczy, których nigdy sobie nie wybaczymy…