Mój rozwód uratował mi życie – historia Ireny z Warszawy
Stałam przy kuchennym parapecie z kubkiem wystygłej herbaty, patrząc przez okno na dzieciaki grające na podwórku. Wczoraj podpisałam ostatnie papiery rozwodowe. Dziś, o dziwo, czuję się lżej niż przez ostatnie lata. Ironiczne, bo przecież powinno być odwrotnie – powinnam płakać, rozpaczać, a jednak… czuję ulgę. Może to dlatego, że przez ostatnie pięć lat czułam się jak cień samej siebie.
— Mamo, a tata? — zapytała Zosia, moja dziesięcioletnia córka, wpadając do kuchni w szkolnym mundurku. Miała rozczochrane włosy i jeszcze ślady snu na twarzy.
Westchnęłam cicho, próbując zebrać myśli. — Tata zamieszkał osobno, pamiętasz? — odpowiedziałam spokojnie, choć w środku ścisnęło mnie jak zawsze na dźwięk tego pytania.
Zosia spojrzała na mnie poważnie. — Czy on nas już nie kocha?
Zamarłam na chwilę. Jak wytłumaczyć dziecku, że czasem dorośli przestają być szczęśliwi razem? Że miłość nie zawsze wystarcza? — Kocha cię bardzo, Zosiu. Po prostu czasem dorośli muszą żyć osobno, żeby być szczęśliwsi — powiedziałam, choć sama nie byłam pewna, czy to prawda.
Kiedy Zosia wyszła do pokoju, oparłam się o blat i zamknęłam oczy. Przed oczami stanął mi obraz sprzed kilku miesięcy: ja i Marek, mój mąż, siedzimy naprzeciwko siebie w salonie. On znowu wrócił późno z pracy, pachniał obcymi perfumami. Ja znowu udaję, że tego nie czuję. — Irena, nie przesadzaj — rzucił wtedy zirytowanym tonem. — Pracuję dla nas! — A ja? Ja też pracuję! I jeszcze ogarniam dom, dzieci, wszystko! — wybuchłam. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam: „Nie chcę już tak żyć”.
Nasze małżeństwo od dawna było tylko fasadą. Marek coraz częściej znikał z domu, a kiedy był – milczał albo się kłócił. Ja coraz częściej płakałam po nocach w łazience, żeby dzieci nie słyszały. Próbowałam ratować ten związek – rozmowy, terapia, kompromisy… Ale on nie chciał słuchać. W końcu przestałam walczyć.
Najtrudniejsze były wieczory. Kiedy dzieci spały, a ja zostawałam sama ze swoimi myślami. Czułam się jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg – nagle wszystko się zmieniło. Przestałam wierzyć w siebie. Moja mama powtarzała: „Irenko, kobieta powinna trzymać rodzinę razem za wszelką cenę”. Ale ja już nie miałam siły.
Pamiętam dzień, kiedy powiedziałam Markowi, że chcę rozwodu. Siedział przy stole i nawet nie spojrzał mi w oczy. — Jak chcesz — rzucił tylko i wyszedł z domu. Nie było krzyku, łez ani próby zatrzymania mnie. To bolało najbardziej.
Przez kolejne tygodnie żyłam jak automat. Praca w szkole podstawowej dawała mi chwilowe wytchnienie – tam byłam potrzebna, tam dzieci patrzyły na mnie z ufnością. Ale wracałam do pustego mieszkania i czułam się nikim.
Najgorsze były rozmowy z rodziną. Siostra patrzyła na mnie z politowaniem: — Irena, naprawdę musiałaś to zrobić? Przecież wszyscy mają problemy…
A ja miałam ochotę krzyczeć: „Nie chcę już być nieszczęśliwa!” Ale milczałam.
Dopiero kiedy Zosia zaczęła mieć problemy w szkole – bóle brzucha przed lekcjami, płacz bez powodu – zrozumiałam, że muszę coś zmienić nie tylko dla siebie, ale i dla niej. Zaczęłyśmy chodzić razem na spacery po Saskiej Kępie, rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym. Powoli odzyskiwałyśmy siebie nawzajem.
Marek pojawiał się coraz rzadziej. Czasem dzwonił do Zosi, czasem wpadał na godzinę w weekendy. Zawsze był spięty, jakby chciał mieć to jak najszybciej za sobą. Zosia pytała: — Dlaczego tata nie chce tu zostać? — Nie wiem — odpowiadałam zgodnie z prawdą.
W pracy zaczęłam rozmawiać z koleżanką z pokoju nauczycielskiego – Anią. To ona pierwsza powiedziała mi: — Irena, jesteś silniejsza niż myślisz. Rozwód to nie koniec świata.
Pewnego dnia wróciłam do domu i zobaczyłam siebie w lustrze – zmęczoną kobietę z podkrążonymi oczami i włosami związanymi byle jak gumką. Pomyślałam: „Muszę coś zmienić”.
Zaczęłam biegać rano po parku Skaryszewskim. Najpierw ledwo dawałam radę przebiec sto metrów bez zadyszki, ale z każdym dniem było lepiej. Zosia śmiała się: — Mamo, wyglądasz jak superbohaterka! — A ja pierwszy raz od dawna poczułam dumę.
Z czasem nauczyłam się cieszyć samotnością. Wieczory spędzałyśmy z Zosią na czytaniu książek albo oglądaniu starych filmów. Czasem płakałyśmy razem – bo tęsknota za dawnym życiem wracała falami – ale coraz częściej śmiałyśmy się bez powodu.
Marek próbował wrócić kilka razy – przynosił kwiaty, obiecywał poprawę. Ale ja już wiedziałam: nie chcę wracać do tego życia. Nie chcę być kobietą, która godzi się na byle jakie szczęście.
Dziś wiem jedno: rozwód uratował mi życie. Gdybym została z Markiem dla „dobra rodziny”, pewnie już dawno bym się poddała – psychicznie i fizycznie. Teraz uczę się być sobą na nowo.
Czasem budzę się w nocy i ogarnia mnie strach – co będzie dalej? Czy dam radę wychować Zosię sama? Czy kiedyś jeszcze komuś zaufam? Ale potem patrzę na moją córkę i wiem: warto było podjąć tę decyzję.
Czy samotność jest gorsza od życia w kłamstwie? Czy lepiej być samemu niż udawać przed światem szczęście? Może właśnie teraz zaczynam naprawdę żyć…