Nie mogę uwierzyć, że to zrobili: oddali mi zrujnowaną chatę, a teraz chcą ją odzyskać po remoncie
– Michał, nie przesadzaj, przecież to tylko stara chata – powiedziała ciotka Halina, patrząc na mnie z wyższością, jakbyśmy rozmawiali o jakiejś szopie na narzędzia. Ale dla mnie to nie była tylko chata. To był mój dom, moje schronienie po latach tułaczki po wynajmowanych mieszkaniach w Warszawie, po rozstaniu z Magdą i po śmierci mamy.
Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Siedzieliśmy przy kuchennym stole u ciotki Haliny i wujka Stefana. W powietrzu unosił się zapach starego drewna i kurzu. – Michałku, my już tam nie jeździmy. Po co ma stać i gnić? Weź sobie tę chatę pod lasem. Tylko nie licz na to, że będziemy ci pomagać – powiedział wujek z przekąsem. – I nie licz na żadne odwiedziny – dodała ciotka. Wtedy nawet się ucieszyłem. Wreszcie coś mojego.
Chata była ruiną. Dach przeciekał, podłogi spróchniałe, okna powybijane przez wiatr i czas. Ale ja widziałem w niej potencjał. Przez dwa lata każdy wolny weekend spędzałem na remoncie. Sam uczyłem się wszystkiego – od kładzenia paneli po murowanie komina. Zimą marzłem, latem walczyłem z komarami i własnymi słabościami. Często siadałem na starym ganku i myślałem o mamie – jak bardzo byłaby dumna, widząc mnie z młotkiem w ręku.
– Po co ci to wszystko? – pytała czasem moja siostra Anka przez telefon. – Przecież możesz kupić mieszkanie na kredyt jak wszyscy. – Nie chcę kredytu – odpowiadałem uparcie. – Chcę mieć coś swojego, nawet jeśli to tylko stara chata.
W końcu nadszedł dzień, gdy mogłem się tam wprowadzić na stałe. Pachniało świeżością, ściany były białe, a podłogi skrzypiały już nie ze starości, ale z dumy. Zaprosiłem rodzinę na grilla. Przyszli wszyscy: ciotka Halina, wujek Stefan, Anka z mężem i dzieciakami.
– No proszę, nie poznałabym tej rudery! – wykrzyknęła ciotka Halina, rozglądając się po odnowionych wnętrzach. – Michałku, zrobiłeś tu prawdziwe cudo! – dodała z uśmiechem.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ten uśmiech zwiastuje kłopoty.
Minęło kilka miesięcy. Pewnego wieczoru dostałem list polecony od prawnika. „W związku z planowaną sprzedażą nieruchomości…” – czytałem z niedowierzaniem. Zadzwoniłem do Anki.
– Oni chcą sprzedać chatę! – krzyknąłem do słuchawki.
– Jak to? Przecież ci ją oddali!
– Oddali… Ale nie przepisali! Wszystko dalej jest na nich!
Zadzwoniłem do ciotki Haliny.
– Michałku, rozumiesz… Stefan stracił pracę, a my musimy jakoś sobie radzić. Ta chata teraz tyle jest warta!
– Ale ja ją wyremontowałem! Włożyłem w nią wszystko!
– Nikt ci nie kazał tego robić – odpowiedziała chłodno.
Czułem się zdradzony jak nigdy dotąd. Przez kolejne dni chodziłem jak struty. Próbowałem rozmawiać z wujkiem Stefanem.
– Michał, rozumiemy twoje rozgoryczenie, ale życie to nie bajka. Potrzebujemy pieniędzy.
– A ja? Moje życie? Moje oszczędności?
– Możesz sobie odkupić tę chatę – rzucił bez cienia skrupułów.
Anka próbowała mnie pocieszać:
– Może uda się ich przekonać? Może znajdziemy jakieś rozwiązanie?
Ale ja wiedziałem, że dla nich liczą się tylko pieniądze.
Przez kilka tygodni walczyłem o chatę jak lew. Szukałem dokumentów, próbowałem udowodnić nakład pracy i pieniędzy. Prawnik powiedział mi jasno:
– Bez aktu własności jest pan na przegranej pozycji.
W nocy nie mogłem spać. Siedziałem na ganku i patrzyłem na gwiazdy nad lasem. Myślałem o wszystkich godzinach spędzonych na remoncie, o każdym gwoździu wbitym własnymi rękami. O tym, jak bardzo chciałem mieć swoje miejsce na ziemi.
W końcu przyszli z nowym kupcem obejrzeć chatę. Stałem wtedy w kuchni i słyszałem ich rozmowy:
– Pięknie tu… Widać, że ktoś dbał.
A ja czułem się jak intruz we własnym domu.
Rodzina przestała odbierać ode mnie telefony. Anka próbowała mediować, ale bez skutku.
Teraz siedzę tu sam, otoczony ciszą i pustką tego miejsca, które już za chwilę przestanie być moje. Zastanawiam się: czy warto było ufać rodzinie? Czy dom to tylko ściany i dach, czy może coś więcej? Może powinienem był walczyć inaczej? A może po prostu nigdy nie powinienem wierzyć w puste obietnice?
Czy ktoś z was też kiedyś poczuł się zdradzony przez najbliższych? Jak poradziliście sobie z takim bólem?