Mój mąż wybrał pierwszą klasę z matką – Podróż przez dumę i prawdę w polskiej rodzinie

– Naprawdę? Ty i twoja mama w pierwszej klasie, a ja z dziećmi w ekonomicznej? – mój głos drżał, choć starałam się brzmieć spokojnie.

Tomek nawet nie spojrzał mi w oczy. Stał przy odprawie na lotnisku Chopina, nerwowo poprawiając mankiet koszuli. Jego matka, pani Halina, już od kilku minut rozmawiała z obsługą, upewniając się, że jej bagaż podręczny zostanie potraktowany z należytą uwagą.

– Kochanie, to tylko kilka godzin lotu. Mama źle znosi tłok, a ja… no wiesz, chciałem jej zrobić przyjemność – odpowiedział cicho, jakby tłumaczył się przed samym sobą.

Spojrzałam na nasze dzieci – Zosia miała siedem lat i już zaczynała rozumieć, że coś jest nie tak. Kuba, czteroletni, trzymał mnie za rękę i patrzył na ojca z niepokojem.

– A my? – zapytałam cicho. – My nie zasługujemy na odrobinę wygody?

Pani Halina odwróciła się do mnie z uśmiechem pełnym wyższości:

– Dzieci i tak będą spały. A ty przecież zawsze mówisz, że nie lubisz luksusu.

Zacisnęłam usta. Nie chciałam robić sceny na środku lotniska. Ludzie już zaczynali się nam przyglądać. Tomek spojrzał na mnie błagalnie – ten sam wzrok, którym kiedyś zdobywał moje serce. Teraz był tylko cieniem dawnego siebie.

W samolocie dzieci były niespokojne. Zosia pytała:

– Mamo, dlaczego tata siedzi tam z babcią?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przez całą podróż czułam się jak powietrze – niewidzialna, niepotrzebna. Gdy stewardesa przyniosła nam suchą kanapkę i plastikowy kubek z sokiem, wyobrażałam sobie Tomka i jego matkę popijających szampana za zasłonką pierwszej klasy.

Po przylocie do Gdańska czekała nas jeszcze godzina jazdy do domu pani Haliny. W samochodzie panowała cisza. Dzieci spały, a ja patrzyłam przez okno na szare blokowiska i zastanawiałam się, kiedy nasze życie tak bardzo się rozjechało.

Wieczorem, gdy dzieci już spały, usiedliśmy z Tomkiem w kuchni. On nalewał sobie whisky, ja piłam herbatę.

– Wiesz, że mnie to zabolało? – zaczęłam cicho.

Tomek westchnął:

– Przesadzasz. To tylko miejsca w samolocie.

– Nie chodzi o miejsca. Chodzi o to, że zawsze wybierasz ją. Nawet jeśli to znaczy zostawić mnie i dzieci z boku.

Spojrzał na mnie z wyrzutem:

– Ona jest moją matką! Wiesz, jak ciężko jej było po śmierci ojca…

– A mi? Mi też jest ciężko! Ale jakoś nikt nie pyta, czy ja sobie radzę!

Wybuchłam płaczem. Tomek próbował mnie objąć, ale odsunęłam się.

Następnego dnia pani Halina przygotowała śniadanie – jajecznicę na maśle i świeże bułki. Dzieci jadły w milczeniu. Pani Halina spojrzała na mnie chłodno:

– Wiesz, Aniu, kobieta powinna być wyrozumiała dla mężczyzny. Ty ciągle masz pretensje.

Zacisnęłam dłonie na filiżance.

– Może gdyby ktoś był wyrozumiały dla mnie…

Tomek udawał, że nie słyszy. Cały dzień spędził z matką na zakupach. Ja zostałam z dziećmi w domu. Zosia zapytała:

– Mamo, czy tata nas jeszcze kocha?

Serce mi pękło.

Wieczorem zadzwoniła moja mama.

– Aniu, wszystko w porządku?

Nie chciałam jej martwić. Ale głos mi się załamał:

– Mamo… chyba już nie wiem, co robić.

Mama westchnęła:

– Pamiętaj, że masz prawo być szczęśliwa. Nie pozwól nikomu siebie umniejszać.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie.

Kolejne dni były coraz trudniejsze. Pani Halina coraz częściej komentowała moje wychowanie dzieci:

– Zosia za dużo czyta. Powinna więcej bawić się z rówieśnikami.
– Kuba jest za bardzo rozpieszczony.
– Ty za mało dbasz o dom.

Tomek milczał albo przytakiwał matce. Czułam się coraz bardziej samotna we własnej rodzinie.

Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę Tomka z matką:

– Tomek, musisz postawić Ani granice. Ona za bardzo się rządzi.
– Mamo…
– Nie możesz pozwolić jej decydować o wszystkim!

Łzy napłynęły mi do oczu. Wyszłam na balkon i długo patrzyłam w ciemność.

Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z Tomkiem szczerze.

– Albo jesteśmy rodziną razem, albo każdy osobno – powiedziałam stanowczo.
– Co to znaczy? – zapytał zaskoczony.
– To znaczy, że jeśli jeszcze raz poczuję się tak upokorzona jak na lotnisku… wracam do Warszawy sama z dziećmi.

Tomek pobladł.

Przez kolejne dni próbował się starać – zabierał dzieci na spacery, rozmawiał ze mną więcej niż zwykle. Ale pani Halina nie odpuszczała:

– Aniu, ty chyba nie rozumiesz naszej rodziny…

Wtedy po raz pierwszy odpowiedziałam jej spokojnie:

– Może właśnie dlatego jestem tu obca?

Wieczorem Tomek przyszedł do mnie do pokoju dzieci:

– Przepraszam – powiedział cicho. – Chciałem dobrze…
– Ale wyszło jak zawsze – odpowiedziałam gorzko.
– Boję się cię stracić – dodał nagle.
– To dlaczego ciągle wybierasz ją?

Nie odpowiedział.

Po powrocie do Warszawy długo nie rozmawialiśmy o tej podróży. Ale coś się zmieniło – we mnie pękło coś na zawsze. Zaczęłam myśleć o sobie i dzieciach bardziej niż o tym, by wszystkim dogodzić.

Czasem patrzę na Tomka i zastanawiam się: czy można odbudować zaufanie po takich ranach? Czy rodzina to naprawdę wspólna podróż – nawet jeśli ktoś zawsze siedzi w pierwszej klasie?