Kiedy urodziła dziecko, straciłam przyjaciółkę i do dziś nie wiem, czy w ogóle miałam prawo o nią walczyć
„Naprawdę nie mam teraz głowy do takich rzeczy. Zosia miała ciężką noc. Odezwę się kiedyś”.
Patrzyłam na ten ekran chyba z dziesięć minut. Stałam w kuchni z kubkiem zimnej już kawy i czułam, jak robi mi się gorąco na twarzy. To nie była pierwsza taka wiadomość od Marty. Ale tego dnia dotarło do mnie coś, przed czym broniłam się miesiącami. Ona już nie odkładała naszych spotkań. Ona odkładała mnie.
Z Martą znałyśmy się od liceum. Byłyśmy tym duetem, o którym wszyscy mówili: „te dwie to chyba się nigdy nie rozstaną”. Wspólne wagary, pierwsze prace, rozstania, pogrzeb mojego taty, jej załamanie po zdradzie narzeczonego. Byłam przy niej, kiedy siedziała na podłodze w łazience i powtarzała, że już nikomu nie zaufa. Ona była przy mnie, kiedy nie miałam za co zapłacić czynszu i bez słowa przyniosła mi dwie torby zakupów.
Naprawdę myślałam, że takich rzeczy się nie gubi.
Kiedy zaszła w ciążę, cieszyłam się chyba prawie tak samo jak ona. Jeździłam z nią oglądać wózki, pomagałam skręcać łóżeczko, nosiłam pudełka po ciuszkach od jej kuzynki z Radomia. Słuchałam godzinami o wynikach badań, o lękach, o porodzie. I nie, nie nudziło mnie to. To było jej życie, więc dla mnie też ważne.
Po porodzie na początku jeszcze próbowałyśmy być „sobą”. Pisała mi zdjęcia małej, ja odpisywałam, że jest śliczna, pytałam, jak Marta się trzyma. Mówiłam: „Przyjadę, ugotuję ci rosół, posiedzę z małą, a ty się wykąpiesz albo prześpisz”.
„Nie, nie trzeba.”
„Ale serio, mogę wpaść nawet na godzinę.”
„Zobaczymy.”
To „zobaczymy” stało się ścianą.
Próbowałam się dostosować. Nie proponowałam już wieczorów, tylko poranki między drzemkami. Nie kawiarni, tylko spacer z wózkiem wokół bloku. Nie długich rozmów, tylko pół godziny na ławce. Nawet kupiłam termos i ciastka bez cukru, bo akurat miała fazę, że „przy karmieniu trzeba uważać”. Czasem czekałam pod jej klatką i po pięciu minutach dostawałam wiadomość, że Zosia właśnie zasnęła i Marta nie może zejść, bo „szkoda ryzykować”.
Raz jednak powiedziałam wprost:
„Marta, ja już nie wiem, jak mam do ciebie docierać.”
Westchnęła ciężko, poprawiając kocyk na wózku.
„Agnieszka, błagam cię. Ty nie rozumiesz. Teraz moje życie wygląda inaczej.”
„Ja to rozumiem. Tylko próbuję w tym życiu znaleźć dla siebie chociaż kawałek miejsca.”
Spojrzała na mnie takim wzrokiem, jakbym powiedziała coś małego i wstydliwego.
„Teraz najważniejsza jest Zosia. Wszystko inne musi poczekać.”
Wszystko inne. Piękne określenie. Po latach bycia dla siebie rodziną zostałam „wszystkim innym”.
Najgorsze było to, że nikt nie widział w tym problemu. Kiedy próbowałam o tym mówić mamie, słyszałam: „Przesadzasz, młoda matka ma prawo nie mieć czasu”. Koleżanka z pracy wzruszyła ramionami: „No witaj w dorosłości”. Jakby ból po utracie przyjaźni był mniej ważny, bo nikt nie umarł, nikt się nie rozwiódł, nie było wielkiej awantury. Tylko codzienne, ciche wymazywanie.
A przecież było. Były małe upokorzenia, które się zbierały. Jej urodziny? Zapomniała, że przyszłam, bo akurat Zosia miała kolkę i przez dwie godziny siedziałam sama z jej szwagierką w salonie. Mój awans? Odpisała po trzech dniach serduszkiem. Kiedy trafiłam na SOR z podejrzeniem wyrostka i napisałam do niej w nocy, rano dostałam: „Przepraszam, nie odczytałam, Zosia ząbkowała”.
Pamiętam naszą ostatnią poważną rozmowę. Siedziałyśmy u niej w kuchni. W zlewie piętrzyły się butelki, w powietrzu wisiał zapach kaszki i niewyspania. Marta mieszała herbatę i nawet na mnie nie patrzyła.
„Tęsknię za tobą” – powiedziałam cicho.
„No przecież jestem.”
„Nie jesteś. Fizycznie czasem tak. Ale ciebie już nie ma.”
Odłożyła łyżeczkę z takim stukiem, że mała w pokoju obok zapłakała.
„Wiesz co? To jest strasznie egoistyczne. Naprawdę. Mam dziecko. Nie będę teraz udawała dawnej Marty tylko po to, żebyś ty czuła się lepiej.”
Zamarłam. Bo nagle wyszło na to, że prosząc o okruch relacji, atakuję jej macierzyństwo. Jak mam z tym wygrać? Z czym w ogóle tu walczyć?
Potem już przestałam pisać pierwsza. Na początku bolało jak odstawienie. Łapałam się na tym, że chcę wysłać jej mema albo zdjęcie sukienki z wystawy, bo kiedyś byśmy to obgadały w sekundę. Ale odkładałam telefon. Ona nie zauważyła od razu. Odezwała się po ponad miesiącu. Wysłała zdjęcie Zosi w opasce i napisała: „Patrz, jaka pannica”.
Odpisałam: „Śliczna”. I tyle.
To chyba wtedy zrozumiałam, że ja nie straciłam Marty dlatego, że została matką. Straciłam ją dlatego, że ona przestała chcieć być kimkolwiek poza matką. Jakby cała reszta jej życia była tylko szkicem, który można podrzeć i wyrzucić.
Do dziś mam w szufladzie bilet z naszego wspólnego wyjazdu do Gdańska. Czasem na niego patrzę i myślę, czy można jeszcze wrócić do kogoś, kto sam z siebie wyszedł i zamknął drzwi.
Powiedzcie szczerze — czy ja naprawdę wymagałam za dużo, czy po prostu czasem trzeba umieć przyznać, że przyjaźń umiera nie z hukiem, tylko przez tysiąc cichych „nie teraz”?