Myślałam, że tata po prostu jest oschły. Prawda uderzyła mnie dopiero, gdy zobaczyłam, że oszczędzał nawet na lekach
– Nie zdejmuj butów, bo i tak brudno – powiedział tata, kiedy tylko otworzył mi drzwi.
Uśmiechnął się tak jakoś krzywo, jak zawsze, ale mnie ten tekst zabolał bardziej, niż powinien. Weszłam do środka i od razu poczułam chłód. Taki nie tylko od niedokręconego kaloryfera. W mieszkaniu było ciemno, w zlewie stały dwa talerze, a na stole leżała sterta rachunków przyciśnięta solniczką. Wtedy jeszcze próbowałam sobie wmówić, że przesadzam.
Mój kontakt z tatą od lat wyglądał tak samo. Telefon raz na dwa, trzy tygodnie.
– Co tam u ciebie?
– A dobrze.
– Zdrowie w porządku?
– Jakoś leci.
– U mnie też. Pogoda się popsuła.
– No, zimno się zrobiło.
I koniec. Żadnych pytań o samotność, o pieniądze, o to, czy sobie radzi. On nigdy nie był wylewny, ja po śmierci mamy też jakoś zamknęłam się na niego. Łatwiej było gadać o deszczu niż o tym, że właściwie jesteśmy sobie obcy.
Do tej wizyty doszło przypadkiem. W pracy siedziałyśmy na przerwie i jedna z koleżanek opowiadała, ile zostawia co miesiąc w aptece dla swojej mamy. Druga mówiła, że jej ojciec po opłaceniu czynszu i rachunków ma tyle, że musi wybierać: leki albo mięso na obiad. Słuchałam ich i nagle zrobiło mi się głupio.
Bo ja przez lata żyłam w przekonaniu, że emerytura tacie wystarcza. Mieszkał w małym mieście, nie miał kredytu, nie jeździł na wakacje, nie wydawał na głupoty. Więc na co niby miało mu brakować? Tak sobie to tłumaczyłam. Wygodnie.
Zadzwoniłam wtedy do niego i powiedziałam, że wpadnę w sobotę.
– Nie musisz – mruknął.
– Ale chcę.
– Jak chcesz.
To jego „jak chcesz” zawsze brzmiało jak ściana.
Otworzyłam lodówkę i ścisnęło mnie w gardle. Światło ledwo działało. W środku był margaryna, pół bochenka chleba, jakiś pasztet i musztarda. W zamrażalniku mrożony koperek i stara zupa w pudełku po lodach.
– Tato, ty byłeś na zakupach?
– Byłem.
– To co to jest?
– Normalne jedzenie.
Powiedział to twardo, ale nie patrzył mi w oczy.
Potem zobaczyłam leki. A raczej ich brak. Na komodzie stały dwa opakowania, jedno prawie puste. Wiedziałam, że bierze więcej, bo lekarz po ostatnim pobycie w szpitalu wypisał mu całą listę.
– Gdzie reszta?
– Jakiej reszty?
– Nie bierz mnie za głupią.
Machnął ręką, usiadł ciężko na krześle i nagle zrobił się mniejszy, starszy. Jakby z niego zeszło całe to udawanie, że wszystko jest pod kontrolą.
– Biorę co drugi dzień – powiedział cicho.
Nie zrozumiałam od razu.
– Jak to co drugi dzień?
– Normalnie. Jak się bierze rzadziej, to dłużej starcza.
Usiadłam naprzeciwko i dosłownie nie wiedziałam, co powiedzieć. Czułam wstyd. Na siebie. Na to, że przez tyle lat nie zapytałam ani razu wprost, czy mu wystarcza do pierwszego.
– Czemu nic nie mówiłeś?
Tata prychnął.
– A co miałem powiedzieć? „Córeczko, dołóż staremu”? Jeszcze tego by brakowało.
– Przecież jestem twoją córką.
– No właśnie. A ja jestem ojcem.
I to było najgorsze. Ten jego upór. Ta duma, która pewnie przez lata ratowała mu twarz, ale teraz zwyczajnie go niszczyła.
Zaczęliśmy przeglądać rachunki. Czynsz, prąd, gaz, leki, wizyty prywatne, bo do specjalisty na NFZ termin za osiem miesięcy. Emerytura starczała ledwo na podstawy. Czasem sprzedawał coś z piwnicy, czasem pożyczał od sąsiada, czasem po prostu nie kupował tego, co powinien.
– I od kiedy tak jest?
– Od dawna.
– Od jak dawna?
– Od kiedy wszystko poszło w górę. Nie wiem. Od miesięcy.
Byłam na niego zła. Naprawdę. Ale jeszcze bardziej byłam zła na siebie, że tak łatwo przyjęłam naszą powierzchowną relację jako coś normalnego. Dzwoniłam, odhaczałam obowiązek, pytałam o ciśnienie i pogodę, a potem wracałam do swojego życia w dużym mieście, do kawy na wynos, zakupów bez patrzenia na ceny i narzekania, że wszystko drogie.
Jeszcze tego samego dnia pojechałam z nim do apteki i do marketu. Kłóciliśmy się przy półkach jak obcy ludzie.
– Po co tyle kupujesz?
– Bo trzeba.
– Tego nie zjem.
– To zjesz co innego.
– Nie jestem dzieckiem.
– A ja nie jestem bankomatem, który ma wrzucić pieniądze i zniknąć! – wyrwało mi się.
Zamilkliśmy oboje. Kasjerka spojrzała na nas szybko i odwróciła wzrok.
W samochodzie tata powiedział tylko:
– Nie chciałem litości.
– To nie jest litość – odpowiedziałam, choć głos mi drżał. – To jest to, co powinnam była zrobić dużo wcześniej.
Od tamtej pory co miesiąc przelewam mu pieniądze. Niby prosta rzecz. Ale trudniejsze było to, żeby zacząć przyjeżdżać częściej i nie uciekać po dwóch godzinach. Siedzimy czasem w kuchni, pijemy herbatę i dalej bywa sztywno. Czasem rozmowa się urywa. Czasem on mówi coś opryskliwie, a ja od razu się spinam. Starych lat nie da się odkręcić jednym przelewem.
Ale ostatnio, kiedy wychodziłam, podał mi pojemnik z gołąbkami.
– Weź sobie na jutro do pracy – mruknął.
– Zostaw dla siebie.
– Zrobiłem więcej.
I może to było niewiele, ale dla mnie znaczyło bardzo dużo.
Bo chyba dopiero teraz uczymy się być rodziną, chociaż powinno się to wydarzyć dawno temu. Tylko ile takich rzeczy człowiek zauważa dopiero, gdy już naprawdę nie da się odwrócić wzroku?
Powiedzcie, czy też czasem mylicie cudzą oschłość z tym, że wszystko jest w porządku? I kiedy właściwie jest ten moment, w którym jeszcze można naprawić to, co zaniedbało się latami?