Po śmierci brata ratowałem jego rodzinę. Nie zauważyłem, że moja żona właśnie pakuje dzieciom walizki
— Nie wyciągaj jej tej torby z ręki. Przez ostatnie pół roku nie przeszkadzało ci, że wszystko noszę sama.
Aneta stała w przedpokoju w zimowej kurtce. Nasza ośmioletnia Zosia ściskała plecak, a Kuba siedział na walizce i patrzył w podłogę. Miałem jeszcze na butach błoto spod bloku Iwony, wdowy po moim bracie.
— Przecież tylko zawiozłem im zakupy.
— I przelałeś cztery tysiące osiemset złotych. Z naszych oszczędności. Zapomniałeś mi powiedzieć?
Spojrzałem na dzieci. Aneta pokręciła głową.
— One wiedzą, że nie jedziemy na ferie. Musiałam im jakoś wyjaśnić dlaczego.
Paweł zginął w październiku, wracając z pracy. Miał trzydzieści dwa lata, żonę, dwie małe córki i kredyt na mieszkanie. Byłem od niego starszy o trzynaście lat. Kiedy umarł nasz ojciec, prowadzałem go do szkoły, podpisywałem uwagi, kupiłem mu pierwszy rower.
Mówiłem później Anecie, że był dla mnie jak syn. Powtarzałem to tyle razy, że przestałem słyszeć, jak brzmi odpowiedź:
— A twoje własne dzieci to kim są, Marek?
Po pogrzebie Iwona nie potrafiła nawet wejść do banku. Siedziała przy kuchennym stole nad rachunkami. Najmłodsza córka spała jej na kolanach, starsza pytała, czy tata wróci na święta.
Obiecałem, że im pomogę.
Najpierw woziłem dziewczynki do przedszkola. Potem naprawiłem kran, odebrałem dokumenty, zapłaciłem zaległy czynsz. Iwona pracowała na pół etatu w piekarni. Zanim dostała rentę rodzinną po Pawle, zwyczajnie brakowało jej na życie.
Tyle że później też płaciłem. Czasem zanim zdążyła poprosić.
W domu jadłem odgrzany obiad i zasypiałem na kanapie. Aneta prowadziła księgowość w małej firmie, odbierała dzieci, pomagała w lekcjach. Kiedy prosiła, żebym został wieczorem, słyszałem pretensję. Nie prośbę.
— Oni nie mają nikogo innego — odpowiadałem.
— My też zaczynamy nie mieć.
Wtedy trzaskałem szafką. Wstyd mi to dzisiaj napisać, ale uważałem, że jest zazdrosna o cudzą tragedię.
Na przedstawienie Kuby nie dotarłem. U Iwony zepsuła się pralka, więc pojechałem obejrzeć używaną z ogłoszenia. Syn wyszedł na scenę w za dużej marynarce po kuzynie. Zobaczyłem nagranie już w łóżku.
— Fajnie ci poszło — powiedziałem następnego ranka.
— Wiem. Mama była.
Nie podniósł nawet głowy znad płatków.
Ostatnie pieniądze przelałem na ratę kredytu i opłaty Iwony. Myślałem, że odłożę je z powrotem po premii. Premii nie dostałem. Anecie powiedziałem dopiero wtedy, gdy zapytała, dlaczego konto oszczędnościowe jest prawie puste.
A właściwie to nie powiedziałem. Przyznałem się, bo już sprawdziła.
Teraz stała przede mną z kluczami w dłoni.
— Wracam z dziećmi do rodziców. Nie po to, żebyś przyjechał jutro z kwiatami. Wrócę, kiedy ustalisz granice. I kiedy zobaczę, że one naprawdę istnieją.
— Mam ich zostawić?
— Nie. Masz przestać zostawiać nas.
Gdy drzwi się zamknęły, odruchowo zadzwoniłem do Pawła. Jego numer wciąż miałem w ulubionych. Dopiero komunikat przypomniał mi, co robię.
Usiadłem na taborecie w przedpokoju. Przy kaloryferze zostały kapcie Zosi. Jeden leżał podeszwą do góry.
Następnego dnia pojechałem do Iwony. Powiedziałem jej o wyprowadzce. Pobladła.
— Myślałam, że wy to uzgadniacie.
Milczałem.
— Marek, przecież pytałam, czy możecie sobie na to pozwolić.
Miała rację. Zawsze odpowiadałem: „Spokojnie”. Przy niej chciałem być człowiekiem, który wszystko załatwi. W domu oczekiwałem, że nikt nie będzie ode mnie już niczego wymagał.
Usiedliśmy z kartką. Renta już przychodziła, Iwona miała dostać więcej godzin. Ustaliliśmy stałą kwotę pomocy na trzy miesiące i jeden dzień w tygodniu na sprawy, z którymi nie radziła sobie sama. Zastrzegłem, że pieniądze muszę najpierw omówić z Anetą.
Potem umówiłem wizytę u psychologa. Nie dlatego, że nagle wszystko zrozumiałem. Nadal budziłem się z myślą, że Paweł byłby mną rozczarowany.
Aneta zgodziła się spotkać ze mną bez dzieci. Przyniosłem wyciągi z konta, nie kwiaty.
— To dobrze, że zacząłeś — powiedziała. — Ale ja przez pół roku prosiłam cię o miejsce we własnym małżeństwie. Nie umiem od razu przestać się bać, że znowu je stracę.
Od trzech tygodni odbieram dzieci ze szkoły. W środy robię im kolację u teściów. Aneta czasem siada z nami, czasem wychodzi do drugiego pokoju. Nie pytam już codziennie, kiedy wróci.
Chciałbym, żeby uwierzyła, że nie musi odejść drugi raz, żebym ją usłyszał. Tylko czy po tylu niespełnionych obietnicach mam prawo oczekiwać, że jeszcze zaryzykuje?