Przepisaliśmy córce rodzinne mieszkanie. Kilka miesięcy później znalazłam zdjęcie mojej mamy obok kontenera

— Proszę tego nie zabierać, to moja mama — powiedziałam do mężczyzny, który wrzucał ramkę do kontenera pod blokiem.

Spojrzał na zdjęcie, potem na mnie. Bez słowa podał mi je przez ogrodzenie. Szkło było pęknięte, a twarz mamy przecięta białą rysą.

Stałam między workami gruzu z siatką pomidorów dla córki. Jeszcze godzinę wcześniej martwiłam się, czy podczas remontu ma co jeść.

Zadzwoniłam do niej.

— Aniu, dlaczego zdjęcie babci leży przy śmieciach?

W słuchawce coś zawarczało. Chyba wiertarka.

— Mamo, mówiłam, że opróżniamy mieszkanie.

— Ale prosiłam, żebyś odłożyła albumy i zdjęcia.

— Nie mogę pilnować każdego papierka. Przecież chciałaś, żebym urządziła się po swojemu.

Mieszkanie miało pięćdziesiąt dwa metry, ciemną kuchnię i balkon, na którym mój ojciec hodował pomidory w wiadrach po farbie. Dostał je jako młody pracownik zakładów. Później rodzice je wykupili, a po ich śmierci odziedziczyłam je ja. W tym samym pokoju spałam jako dziecko, potem spała tam Ania.

Nie było luksusowe. Ale kiedy córka mówiła, że przy jej pensji i cenach najmu nigdy niczego się nie dorobi, wiedziałam, że możemy jej pomóc.

Z Henrykiem od dwóch lat mieszkaliśmy w mniejszym lokalu na parterze. Kupiliśmy go z oszczędności i odprawy męża, bo jego kolana coraz gorzej znosiły czwarte piętro bez windy. Rodzinne mieszkanie wynajmowaliśmy. Czynsz od lokatorów dawał nam spokój: leki, dentysta, czasem tydzień nad morzem.

Zrezygnowaliśmy z tego dochodu.

— Poradzimy sobie — powiedział Henryk. — Niech dziewczyna ma lżej.

U notariusza Ania ściskała mnie za rękę. Po podpisaniu aktu zaprosiła nas na obiad i powiedziała, że nigdy nam tego nie zapomni. Wróciłam wtedy do domu taka szczęśliwa, że aż nie mogłam zasnąć.

Pierwszy raz zabolało miesiąc później.

Przyniosłam jej gołąbki. Otworzyłam swoim starym kluczem, odruchowo, jak przez trzydzieści lat.

Ania wyszła z łazienki i stanęła w przedpokoju.

— Musisz najpierw dzwonić.

Miała rację. Przeprosiłam i oddałam klucz. Tylko sposób, w jaki wyciągnęła po niego rękę, jak do obcej osoby… no, przykro mi było.

Potem nie pasowały jej niedzielne obiady. Dzwoniła coraz rzadziej. Kiedy pytałam o remont, odpowiadała krótko, że wszystko jest pod kontrolą.

Ustaliliśmy wcześniej, że zabiorę kredens, pudełko listów i fotografie. Mieliśmy przyjechać z siostrzeńcem Henryka w sobotę, bo miał samochód dostawczy. Ania potwierdziła termin wiadomością.

W czwartek zamówiła ekipę do opróżniania.

Po zdjęcie weszłam na górę. Drzwi były otwarte, na podłodze leżał karton po płytkach. W miejscu kredensu została jasna plama na ścianie.

— Gdzie są listy dziadka?

Ania zdjęła rękawice.

— Nie wiem. Było mnóstwo pudeł.

— Miałaś poczekać dwa dni.

— Ty byś z każdego przedmiotu robiła pożegnanie! Ja chcę tutaj mieszkać, a nie pilnować waszego muzeum.

Zamilkłam. Za jej plecami obcy człowiek odrywał listwę od ściany.

— Mogłaś nie chcieć kredensu. Wystarczyło pozwolić mi go zabrać.

— Dałaś mi mieszkanie czy wypożyczyłaś?

Nie odpowiedziałam. Zostawiłam pomidory przy drzwiach. Potem wróciłam po nie. Głupie, wiem, ale nie potrafiłam ich tam zostawić.

Henryk długo oglądał pękniętą ramkę.

— Mieszkanie jest jej — powiedział w końcu. — Ale umowy się dotrzymuje. Choćby chodziło o stare gazety.

Przez następne tygodnie próbowałam rozmawiać. Ania pisała, że ją obciążam, że każda rozmowa kończy się wypominaniem darowizny. Raz rzeczywiście wykrzyczałam, ile nas to kosztowało. Do dziś się tego wstydzę. Nie chciałam kupować córki. Chciałam, żeby zrozumiała.

Na moje urodziny przysłała wiadomość: „Zdrowia i spokoju”. Bez telefonu.

Poszłam nawet do prawniczki zapytać o odwołanie darowizny. Usłyszałam, że chłód i rodzinne kłótnie zwykle nie wystarczą. Wróciłam z teczką dokumentów i ulgą, której się nie spodziewałam. Nie chciałam sądzić się z własnym dzieckiem. Chciałam odzyskać coś, czego żaden akt nie gwarantował.

Ostatnio Ania zadzwoniła, bo potrzebowała numeru do hydraulika. Podałam jej. Zapytała jeszcze, czy u nas wszystko dobrze.

Mogłam powiedzieć, że Henryk czeka na zabieg, że liczymy wydatki, że brakuje mi jej przy stole.

Powiedziałam tylko:

— Różnie. Jeśli chcesz, przyjedź, pogadamy.

Odpowiedziała, że zobaczy, jak będzie z czasem.

Zdjęcie mamy ma już nową szybkę. Stoi u nas, na komodzie, obok miejsca, gdzie odkładam telefon.

Nie oczekiwałam wdzięczności do końca życia. Czy naprawdę za dużo chciałam, prosząc o trochę czułości i dotrzymanie jednego słowa?