Dług między nami: Opowieść o miłości na krawędzi

– Irena, ile jeszcze będziesz siedzieć przy tym komputerze? – głos Marka przeszył ciszę kuchni jak nóż. Było już po dwudziestej drugiej, a ja wpatrywałam się w ekran, próbując znaleźć sens w tabelkach Excela, które miały uratować nasz domowy budżet.

– Jeszcze chwilę, muszę sprawdzić rachunki za prąd – odpowiedziałam cicho, nie odrywając wzroku od monitora. Czułam na sobie jego spojrzenie, ciężkie jak ołów. Ostatnio wszystko było ciężkie: powietrze, rozmowy, nawet dotyk.

Marek westchnął głośno i z trzaskiem zamknął drzwi do sypialni. Znowu. Znowu uciekał od rozmowy, od problemów, które narastały między nami jak ściana z cegieł. Każdego dnia dokładaliśmy do niej nową cegłę: nieporozumienie, pretensję, żal.

Jeszcze kilka lat temu byliśmy szczęśliwi. Śmialiśmy się z głupot, planowaliśmy wakacje nad Bałtykiem, marzyliśmy o własnym domu. Teraz mieliśmy dom – kredyt na trzydzieści lat – i ciszę, która bolała bardziej niż najgorsza kłótnia.

Pamiętam dzień, w którym wszystko zaczęło się psuć. Marek stracił pracę w fabryce mebli. Przez kilka miesięcy próbował znaleźć coś nowego, ale w naszym miasteczku nie było pracy dla ludzi po czterdziestce. Ja pracowałam w urzędzie gminy – pensja niewielka, ale pewna. To ja zaczęłam płacić rachunki, robić zakupy, spłacać raty kredytu. Na początku Marek był wdzięczny. Potem zaczął się wstydzić. A potem… potem przestał ze mną rozmawiać.

– To twoje pieniądze – powiedział kiedyś, gdy poprosiłam go o pomoc przy zakupach. – Nie będę cię prosił o każdą złotówkę.

– Przecież jesteśmy rodziną! – krzyknęłam wtedy bezradnie. – To NASZE pieniądze!

– Twoje – powtórzył twardo i wyszedł z domu.

Od tamtej pory wszystko było „moje” i „twoje”. Nawet dzieci zaczęły to zauważać. Nasza córka Ola miała wtedy trzynaście lat i coraz częściej zamykała się w swoim pokoju. Syn Bartek był młodszy, ale i on czuł napięcie. Kiedyś zapytał mnie szeptem:

– Mamo, czy tata nas jeszcze kocha?

Nie umiałam odpowiedzieć.

Z czasem Marek zaczął traktować mnie jak obcą osobę. Każdy wydatek musiałam uzasadniać. Gdy kupiłam sobie nową sukienkę na imieniny koleżanki z pracy, zrobił mi awanturę.

– Skoro masz tyle pieniędzy na głupoty, to może sama spłacaj kredyt! – wrzeszczał tak głośno, że sąsiadka zza ściany później pytała mnie w sklepie, czy wszystko u nas w porządku.

Czułam się upokorzona. Własny mąż traktował mnie jak dłużniczkę we własnym domu. Każda rozmowa kończyła się kłótnią albo milczeniem. Przestaliśmy jeść razem kolacje. Przestaliśmy spać razem w jednym łóżku.

Pewnego wieczoru usiadłam z Bartkiem przy stole i próbowałam pomóc mu w zadaniu domowym z matematyki. Marek wszedł do kuchni i rzucił na blat plik rachunków.

– To twoje – powiedział chłodno. – Skoro wszystko jest twoje, to i rachunki są twoje.

Bartek spojrzał na mnie z przerażeniem w oczach. Uśmiechnęłam się do niego blado i pogłaskałam po głowie.

– Wszystko będzie dobrze, kochanie – wyszeptałam.

Ale wiedziałam, że nie będzie.

Zaczęłam coraz częściej płakać po nocach. Czułam się samotna jak nigdy wcześniej. Moja mama powtarzała mi przez telefon:

– Irenko, nie możesz tak żyć! On cię niszczy!

Ale ja nie chciałam się poddać. Wierzyłam, że jeszcze można coś naprawić. Że Marek wróci do mnie taki, jakim był kiedyś: czuły, troskliwy, zakochany.

Próbowałam z nim rozmawiać.

– Marek… pamiętasz nasze pierwsze wakacje? Jak zgubiliśmy się w lesie pod Ustką i śmialiśmy się do łez?

Spojrzał na mnie obojętnie.

– To było dawno temu.

– Ale przecież… przecież nadal możemy być szczęśliwi! Musimy tylko…

– Nic nie musimy – przerwał mi ostro. – Ty masz swoje życie, ja swoje.

Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego.

W pracy udawałam przed koleżankami, że wszystko jest w porządku. Ale one widziały moje czerwone oczy i drżące ręce.

– Irena… jeśli chcesz pogadać… – zaczęła kiedyś Anka z księgowości.

– Dziękuję… dam sobie radę – skłamałam.

W końcu przyszedł dzień, kiedy Marek wrócił do domu późno w nocy i nawet nie spojrzał mi w oczy. Czułam zapach perfum na jego koszuli – damskich perfum. Serce ścisnęło mi się z bólu.

– Gdzie byłeś? – zapytałam cicho.

– U kolegi – odpowiedział bez mrugnięcia okiem.

Nie wierzyłam mu. Ale nie miałam już siły walczyć.

Następnego dnia znalazłam w jego kurtce paragon z kawiarni w centrum miasta. Dwie kawy latte i dwa ciastka sernikowe. Z kim tam był? Z kim dzielił czas, którego nie miał dla mnie?

Przez kolejne tygodnie żyliśmy obok siebie jak współlokatorzy. Dzieci coraz częściej wyjeżdżały do babci na weekendy. Ola przestała ze mną rozmawiać; Bartek zamknął się w sobie.

W końcu zebrałam się na odwagę i powiedziałam Markowi:

– Tak dalej być nie może. Albo coś zmienimy… albo musimy się rozstać.

Spojrzał na mnie długo i ciężko westchnął.

– Może to najlepsze wyjście – powiedział cicho.

Rozwód był formalnością. Dzieci zostały ze mną; Marek wyprowadził się do matki. Przez pierwsze tygodnie czułam ulgę pomieszaną z żalem i strachem przed przyszłością.

Dziś mija rok od tamtych wydarzeń. Nadal spłacam kredyt sama; dzieci powoli odzyskują spokój. Czasem spotykam Marka na ulicy – mijamy się bez słowa.

Często zastanawiam się: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy gdybym była bardziej cierpliwa, bardziej wyrozumiała… czy wtedy bylibyśmy jeszcze razem?

A może to po prostu życie wystawiło naszą miłość na próbę zbyt trudną do przejścia?

Czy ktoś z was też czuł się kiedyś obcy we własnym domu? Czy można odbudować zaufanie po tylu ranach?