Druga szansa: Opowieść o Joannie, która musiała nauczyć się żyć na nowo

– Joanno, idziesz do domu? – głos Kasi wyrwał mnie z zamyślenia. Jej paznokcie nerwowo stukały o blat biurka, jakby chciała mnie pogonić. Spojrzałam na nią z wymuszonym uśmiechem, choć w środku czułam tylko pustkę.

– Nie, zostanę jeszcze. Mąż miał mnie odebrać – skłamałam bez mrugnięcia okiem. W rzeczywistości nie miałam pojęcia, gdzie jest Piotr. Od tygodni wracał coraz później, a jego telefon milczał, gdy próbowałam się dodzwonić.

– No jak chcesz. Do jutra – rzuciła Kasia i wyszła z gabinetu, kołysząc biodrami. Zazdrościłam jej tej lekkości, tej pewności siebie. Pracownicy jeden po drugim opuszczali biuro. Za drzwiami słychać było pośpieszne kroki i śmiechy. Zostałam sama.

Zegar na ścianie tykał głośniej niż zwykle. Spojrzałam na ekran telefonu – żadnej wiadomości od Piotra. Przewinęłam nasze stare rozmowy, te sprzed lat, kiedy jeszcze potrafił napisać: „Tęsknię” albo „Nie mogę się doczekać, aż cię zobaczę”. Teraz cisza była bardziej wymowna niż tysiąc słów.

W końcu zebrałam się na odwagę i wyszłam z biura. Na parkingu powietrze było ciężkie, pachniało deszczem. Przez chwilę stałam przy samochodzie, nie mogąc się zdecydować, czy wracać do pustego mieszkania, czy może po prostu gdzieś pojechać i zniknąć na chwilę z własnego życia.

W domu panowała cisza. W kuchni na stole leżała kartka: „Będę późno. Piotr”. To wszystko. Żadnego „Kocham cię”, żadnego „Przepraszam”. Tylko sucha informacja. Usiadłam przy stole i wpatrywałam się w tę kartkę, jakby miała mi wyjaśnić wszystko, czego nie rozumiałam.

Telefon zadzwonił dopiero po północy. Piotr był pijany. – Nie czekaj na mnie – rzucił i rozłączył się bez słowa wyjaśnienia. Poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg. Łzy napłynęły mi do oczu, ale nie płakałam. Byłam już zbyt zmęczona.

Następnego dnia w pracy Kasia spojrzała na mnie uważnie.
– Wszystko w porządku? Wyglądasz na zmęczoną.
– Nie spałam najlepiej – odpowiedziałam wymijająco.
– Może powinnaś pogadać z kimś…
Zignorowałam jej radę. Nie chciałam się przyznać do słabości.

Wieczorem postanowiłam sprawdzić telefon Piotra. Zawsze ufałam mu bezgranicznie, ale teraz coś kazało mi szukać odpowiedzi. Znalazłam wiadomości od kobiety o imieniu Marta. „Tęsknię”, „Nie mogę się doczekać”, „Kiedy będziesz wolny?”. Poczułam, jak serce rozpada mi się na kawałki.

Gdy Piotr wrócił do domu, czekałam na niego w salonie.
– Musimy porozmawiać – powiedziałam cicho.
Spojrzał na mnie z irytacją.
– O czym?
– O Marcie.
Zbladł. Przez chwilę milczał, a potem usiadł naprzeciwko mnie.
– To nie tak, jak myślisz…
– A jak? – głos mi drżał.
– To tylko przyjaźń…
– Przyjaźń? Czy przyjaciele piszą do siebie takie rzeczy?
Nie odpowiedział. Widziałam w jego oczach strach i wstyd.

Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. W pracy udawałam, że wszystko jest w porządku, ale wewnątrz czułam się martwa. Kasia próbowała mnie wyciągnąć na kawę, ale odmawiałam. Nie chciałam rozmawiać o swoim upokorzeniu.

Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie mama.
– Joasiu, co się dzieje? Czuję, że coś jest nie tak.
Nie wytrzymałam i rozpłakałam się w słuchawkę.
– On mnie zdradza, mamo…
Mama milczała przez chwilę, a potem powiedziała:
– Musisz pomyśleć o sobie. Nie pozwól się krzywdzić.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Czy naprawdę byłam gotowa odejść? Zostawić wszystko – wspólne mieszkanie, wspomnienia, marzenia? Bałam się samotności bardziej niż czegokolwiek innego.

W pracy coraz trudniej było mi się skupić. Szef wezwał mnie na rozmowę.
– Joanna, co się dzieje? Zawsze byłaś wzorem pracownika, a ostatnio jesteś nieobecna.
Zawahałam się przez chwilę, ale postanowiłam być szczera.
– Mam problemy osobiste…
Szef skinął głową ze zrozumieniem.
– Jeśli potrzebujesz wolnego, daj znać.

Wieczorem Piotr wrócił wcześniej niż zwykle. Usiadł naprzeciwko mnie i spuścił wzrok.
– Przepraszam – powiedział cicho. – To wszystko wymknęło się spod kontroli. Nie wiem, co robić…
Patrzyłam na niego długo. Widziałam w nim człowieka zagubionego i słabego, ale też kogoś, kogo kiedyś kochałam całym sercem.
– Musisz zdecydować – powiedziałam spokojnie. – Albo walczysz o nas, albo odchodzisz.
Piotr milczał długo, a potem wyszedł z domu bez słowa.

Tej nocy nie spałam ani minuty. Myśli kłębiły mi się w głowie: czy warto walczyć o coś, co już dawno umarło? Czy mam prawo żądać od niego miłości?

Następnego dnia spakowałam walizkę i pojechałam do mamy do Gdańska. Potrzebowałam dystansu. Mama przyjęła mnie z otwartymi ramionami.
– Jesteś silniejsza niż myślisz – powiedziała cicho.

Przez kolejne tygodnie uczyłam się żyć na nowo. Chodziłam nad morze, spacerowałam po plaży i próbowałam odnaleźć siebie w tej nowej rzeczywistości. Kasia dzwoniła codziennie:
– Joanno, wracaj! Bez ciebie biuro to katastrofa!
Śmiałam się przez łzy.

Piotr dzwonił kilka razy, ale nie odbierałam. Musiałam najpierw poukładać siebie.

Po miesiącu wróciłam do Warszawy silniejsza i spokojniejsza. W pracy przywitały mnie uściski i szczere uśmiechy kolegów. Nawet szef powiedział:
– Dobrze cię widzieć z powrotem.

Wieczorem Piotr czekał pod moim blokiem.
– Joanno…
Spojrzałam mu w oczy i zobaczyłam tam żal i tęsknotę.
– Chcę spróbować jeszcze raz – powiedział cicho.
Zawahałam się przez chwilę.
– Ja też chcę żyć naprawdę – odpowiedziałam powoli. – Ale muszę być pewna, że tym razem nie zranię siebie dla kogoś innego.

Czy można dać komuś drugą szansę? Czy warto ryzykować własne serce dla nadziei na szczęście? Może czasem trzeba najpierw pokochać siebie…