Miasto, które mnie połknęło: Opowieść o ucieczce z rodzinnej wsi
– Znowu wróciłaś po północy? – głos mamy przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stała przy zlewie, w rękach ściskała mokrą ściereczkę, a jej oczy błyszczały gniewem. – Myślisz, że krowy same się wydoją?
Zacisnęłam pięści. Miałam osiemnaście lat i czułam się jak w klatce. – Mamo, to była ostatnia próba chóru przed koncertem. Obiecałam, że pomogę przy śniadaniu.
– Ty zawsze coś obiecujesz – westchnęła ciężko. – Ale potem i tak wszystko spada na mnie i na Pawła.
Paweł, mój młodszy brat, siedział przy stole z głową w zeszycie. Udawał, że nie słyszy. Wiedziałam jednak, że słyszy każde słowo. Tak jak ja słyszałam każde jego westchnienie, gdy musiał wstawać o piątej rano do obory.
To był nasz świat: wieś pod Radomiem, gdzie wszyscy wszystko o wszystkich wiedzieli. Gdzie plotki rozchodziły się szybciej niż zapach świeżo skoszonego siana. Gdzie życie toczyło się od doju do żniw, od mszy do odpustu.
Ale ja chciałam więcej. Chciałam śpiewać. Chciałam zobaczyć świat poza horyzontem pól i lasów.
– Mamo – zaczęłam cicho – dostałam się na studia do Warszawy. Na Akademię Muzyczną.
W kuchni zapadła cisza. Nawet zegar na ścianie jakby przestał tykać.
– I co z tego? – syknęła mama. – Kto tu zostanie? Myślisz tylko o sobie!
Poczułam łzy pod powiekami. – Mamo…
– Nie chcę tego słyszeć! – krzyknęła. – Twój ojciec całe życie harował na ten dom! A ty chcesz to wszystko zostawić?
Ojciec zmarł nagle trzy lata temu. Zawał podczas żniw. Od tamtej pory mama była cieniem samej siebie – twarda, zamknięta, rozgoryczona.
Wyszłam z kuchni trzaskając drzwiami. W pokoju rzuciłam się na łóżko i płakałam w poduszkę tak długo, aż zabrakło mi łez.
***
Wyjechałam we wrześniu. Bez pożegnania. Mama nie przyszła na dworzec. Paweł tylko ścisnął mnie mocno i powiedział:
– Uważaj na siebie, siostra.
Warszawa przywitała mnie hałasem tramwajów i zapachem spalin. Wynajęłam pokój na Pradze z dwiema dziewczynami: Kasią z Olsztyna i Martą z Białegostoku. Byłyśmy jak trzy wystraszone wróble w wielkim mieście.
Pierwsze tygodnie były jak sen: zajęcia z emisji głosu, pierwsze próby chóru akademickiego, spacery po Starym Mieście nocą. Czułam się wolna.
Ale wolność miała swoją cenę. Pieniądze kończyły się szybciej niż myślałam. Mama przestała odbierać moje telefony. Paweł pisał krótkie SMS-y: „U nas ok”, „Mama pyta czy masz ciepłą kurtkę”.
Znalazłam pracę w kawiarni na Nowym Świecie. Pracowałam po nocach, rano biegłam na zajęcia. Czasem zasypiałam na wykładach z nutami pod głową.
Poznałam Michała na próbie chóru. Był starszy o dwa lata, miał ciemne włosy i uśmiech, który rozjaśniał najciemniejszy dzień.
– Skąd jesteś? – zapytał po jednej z prób.
– Z małej wsi pod Radomiem – odpowiedziałam z wahaniem.
Uśmiechnął się szerzej. – Ja z Piaseczna. Też wiem, co to znaczy wracać do domu przez pole buraków.
Zaczęliśmy się spotykać. Chodziliśmy na koncerty do Filharmonii Narodowej, jedliśmy zapiekanki na Placu Zbawiciela, rozmawialiśmy godzinami o muzyce i życiu.
Ale im bardziej zakochiwałam się w Michale, tym bardziej tęskniłam za domem. Za zapachem chleba pieczonego przez mamę, za śmiechem Pawła podczas sianokosów.
Pewnego wieczoru zadzwoniła mama.
– Paweł miał wypadek – powiedziała bez emocji. – Spadł z drabiny w stodole. Jest w szpitalu.
Świat mi się zatrzymał.
Wróciłam do domu pierwszym pociągiem. Paweł leżał w szpitalnym łóżku ze złamaną nogą i potłuczonymi żebrami.
– Przepraszam – wyszeptałam trzymając go za rękę.
Uśmiechnął się blado. – Nie masz za co przepraszać. Ty przynajmniej żyjesz swoim życiem.
Mama patrzyła na mnie z wyrzutem przez całą wizytę. W domu panowała cisza pełna niewypowiedzianych słów.
– Wrócisz teraz? – spytała wieczorem przy herbacie.
– Muszę skończyć studia – odpowiedziałam cicho.
– A my? – jej głos był cichy i złamany.
Nie spałam tej nocy. Siedziałam przy oknie i patrzyłam na znajome pola skąpane w księżycowym świetle.
***
Wróciłam do Warszawy z ciężkim sercem. Michał czekał na mnie na dworcu.
– Co się stało? – zapytał widząc moje czerwone oczy.
Opowiedziałam mu wszystko: o mamie, o Pawle, o poczuciu winy, które nie dawało mi spać.
Przytulił mnie mocno.
– Nie możesz żyć tylko dla innych – powiedział cicho. – Ale nie możesz też uciekać przed sobą.
Zaczęliśmy planować wspólną przyszłość: koncerty, podróże, może kiedyś własne mieszkanie na Ochocie…
Ale życie miało inne plany.
Mama zachorowała zimą na zapalenie płuc. Paweł nie radził sobie sam z gospodarstwem. Dzwonił coraz częściej, prosił o radę, czasem tylko milczał do słuchawki.
W końcu wróciłam na wieś na kilka tygodni przed egzaminami końcowymi. Pomagałam przy krowach, gotowałam obiady, sprzątałam dom pełen wspomnień i żalu.
Mama leżała w łóżku blada i słaba jak nigdy dotąd.
– Może powinnam była ci pozwolić odejść wcześniej – powiedziała pewnej nocy szeptem. – Może wtedy nie byłabyś taka rozdarta…
Poczułam łzy pod powiekami.
– Mamo… ja zawsze będę twoją córką. Ale muszę też być sobą.
***
Skończyłam studia z wyróżnieniem. Michał dostał pracę w orkiestrze symfonicznej w Krakowie i wyjechał. Nasz związek nie przetrwał odległości i codziennych trosk.
Zostałam w Warszawie sama z dyplomem i marzeniami, które smakowały już mniej słodko niż kiedyś.
Często wracam do domu na wieś: pomagam Pawłowi prowadzić gospodarstwo, rozmawiam z mamą o dawnych czasach przy herbacie z malinami.
Czasem pytam siebie: czy można być szczęśliwym daleko od korzeni? Czy marzenia są warte ceny samotności?
A wy? Czy odważylibyście się zostawić wszystko dla własnych marzeń?