Mój brat odebrał mi mieszkanie – historia zdrady i walki o sprawiedliwość

– To nie jest sprawiedliwe, mamo! – krzyknęłam, czując jak łzy napływają mi do oczu. Stałam w kuchni naszego starego mieszkania na Pradze, a mama patrzyła na mnie z tym swoim chłodnym spokojem, który zawsze doprowadzał mnie do szału.

– Marto, nie przesadzaj. Michał też ma prawo do czegoś w życiu – odpowiedziała, jakby to była najprostsza rzecz na świecie. Michał stał za nią, z rękami w kieszeniach, z tym swoim aroganckim uśmieszkiem. Zawsze wiedziałam, że jest jej oczkiem w głowie, ale nigdy nie sądziłam, że posunie się tak daleko.

Od dziecka czułam się niewidzialna. Mama zawsze powtarzała: „Michał jest jeszcze mały, musisz mu ustępować”. Nawet kiedy miał już dwadzieścia lat i ja byłam na studiach, to ja musiałam się wyprowadzić do akademika, bo „Michał potrzebuje własnego pokoju”. Tata próbował mnie bronić, ale po jego śmierci wszystko się posypało.

Mama wyszła za mąż za pana Zbyszka – człowieka o twarzy wiecznie niezadowolonego urzędnika. Wprowadził się do naszego mieszkania i od razu zaczął rządzić. „Trzeba zrobić porządek z papierami”, mówił. „Mieszkanie trzeba przepisać na kogoś młodszego”. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, co to znaczy.

Pewnego dnia wróciłam z pracy i zobaczyłam Michała siedzącego przy stole z mamą i panem Zbyszkiem. Na stole leżały jakieś dokumenty.

– Marta, podpisz tu – powiedziała mama beznamiętnie. – To tylko formalność.

– Co to jest? – zapytałam podejrzliwie.

– Przepisujemy mieszkanie na Michała. Tak będzie lepiej dla wszystkich – dodał pan Zbyszek tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Serce mi zamarło. – Ale… przecież to mieszkanie po tacie! On chciał, żebyśmy miały gdzie mieszkać!

Mama wzruszyła ramionami. – Michał potrzebuje stabilizacji. Ty masz pracę, dasz sobie radę.

Nie podpisałam wtedy niczego. Ale kilka tygodni później dostałam list z urzędu miasta – informacja o zmianie właściciela lokalu. Okazało się, że mama i Michał załatwili wszystko za moimi plecami. Byłam wściekła i bezradna.

Przez kolejne miesiące próbowałam rozmawiać z mamą. Prosiłam ją o wyjaśnienia. Za każdym razem słyszałam to samo: „Nie przesadzaj”, „To tylko mieszkanie”, „Michał jest twoim bratem”.

W pracy byłam cieniem samej siebie. Koleżanki pytały, czy coś się stało, ale nie potrafiłam im opowiedzieć o tym upokorzeniu. Wieczorami płakałam w wynajmowanym pokoju na Ochocie, patrząc na zdjęcia taty i zastanawiając się, gdzie popełniłam błąd.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie ciocia Basia, siostra taty. – Marta, słyszałam co się stało. Nie możesz tego tak zostawić! Twój tata by tego nie chciał!

Zebrałam się na odwagę i poszłam do prawnika. Dowiedziałam się, że mogę walczyć o zachowek po tacie, ale to oznaczałoby otwartą wojnę z rodziną. Michał przyszedł do mnie następnego dnia.

– Po co ci to wszystko? – zapytał z pogardą. – I tak nigdy tu nie wrócisz.

– To nie chodzi o mieszkanie! – wybuchłam. – Chodzi o to, jak mnie potraktowaliście!

– Przestań robić sceny – rzucił i wyszedł trzaskając drzwiami.

Mama przestała odbierać moje telefony. Pan Zbyszek napisał mi SMS-a: „Nie rób problemów rodzinie”.

Czułam się jak intruz w życiu własnej rodziny. Nawet babcia zaczęła mnie unikać – „Nie chcę się mieszać”, mówiła cicho przez telefon.

W pracy dostałam reprymendę za spóźnienia i brak zaangażowania. Szefowa zaprosiła mnie na rozmowę:

– Marto, co się dzieje? Zawsze byłaś solidna…

Zacisnęłam usta i pokręciłam głową. Nie umiałam powiedzieć jej prawdy.

W końcu zdecydowałam się na proces o zachowek. Przez kilka miesięcy żyłam w ciągłym stresie – pisma sądowe, spotkania z prawnikiem, przesłuchania świadków. Mama zeznawała przeciwko mnie. Siedziała naprzeciwko mnie w sądzie i mówiła: „Marta zawsze była trudna…”.

Po rozprawie Michał podszedł do mnie na korytarzu:

– Gratuluję, siostrzyczko. Teraz jesteśmy już naprawdę rodziną?

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na niego i widziałam obcego człowieka.

Wygrałam sprawę. Dostałam pieniądze z zachowku, ale straciłam rodzinę. Mama przestała się do mnie odzywać. Michał rozpowiadał po rodzinie, że jestem chciwa i niewdzięczna.

Czasem mijam ich na ulicy – mama z panem Zbyszkiem idą pod rękę, Michał rozmawia przez telefon. Udają, że mnie nie widzą.

W święta siedzę sama przy stole i patrzę na puste miejsce po tacie. Zastanawiam się, czy było warto walczyć o sprawiedliwość kosztem rodziny.

Czy rodzina powinna być ponad wszystko? Czy jeśli najbliżsi cię zdradzają, masz prawo walczyć o swoje?