„Nie masz dzieci, to pomóż naszej mamie!” — Jak zostałam opiekunką teściowej i straciłam siebie
— Aniu, musisz nam pomóc. Mama już sobie nie radzi, a ty przecież nie masz dzieci, masz czas — głos mojej szwagierki, Magdy, brzmiał jak wyrok. Stałam w kuchni, patrząc przez okno na szare, listopadowe niebo, i ściskałam telefon tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. W głowie dudniło mi jedno zdanie: „Nie masz dzieci, więc masz czas”. Jakby brak dzieci czynił mnie automatycznie wolną, gotową do poświęceń, które innym nawet nie przyszłyby do głowy.
— Magda, ja pracuję, mam swoje obowiązki… — próbowałam się bronić, ale ona już mnie nie słuchała.
— My z Piotrkiem mamy dwójkę dzieci, wiesz, jak jest. Tomek w delegacji, a ty… no, ty możesz. Proszę, Aniu, mama nie może być sama.
Zgodziłam się. Zawsze byłam tą „miłą”, tą, która nie robi problemów. Mój mąż, Marek, tylko wzruszył ramionami, gdy powiedziałam mu o rozmowie. — No, w sumie Magda ma rację. Ty masz najwięcej czasu. — Nawet nie spojrzał na mnie, zajęty przeglądaniem wiadomości na telefonie.
I tak zaczęło się moje nowe życie. Każdego ranka jechałam przez pół miasta do mieszkania teściowej, pani Haliny. Miała 78 lat, była po udarze, coraz częściej zapominała, gdzie jest, kim jestem. Czasem myliła mnie z własną córką, czasem z pielęgniarką. — Aniu, podaj mi wodę. Aniu, gdzie są moje okulary? Aniu, dlaczego nie przyszedł dziś Marek? — pytania, które powtarzały się w nieskończoność.
Początkowo myślałam, że dam radę. Przecież to tylko kilka godzin dziennie. Ale te godziny rozciągały się w nieskończoność. Sprzątanie, gotowanie, podawanie leków, rozmowy, których nie słuchała. Czułam się jak cień, jak duch, który krąży po cudzym mieszkaniu. Moje życie zaczęło się kurczyć. Przestałam spotykać się z przyjaciółkami, nie miałam siły na swoje hobby. Praca? Zdalna, więc „przecież możesz popracować, jak mama śpi”.
Najgorsze były weekendy. Wtedy wszyscy nagle mieli ważne sprawy. Magda z rodziną wyjeżdżała „do teściów”, Tomek „musiał odpocząć po tygodniu pracy”. Zostawałam sama z Haliną, która coraz częściej wpadała w złość. — Dlaczego mnie tu trzymasz? Chcę do domu! — krzyczała, a ja tłumaczyłam jej po raz setny, że to jest jej dom.
Pewnego dnia, gdy próbowałam ją uspokoić, usłyszałam od niej: — Ty nie jesteś moją rodziną. Gdzie jest Magda? Gdzie Marek? — Zrobiło mi się zimno. Przecież to dla nich tu jestem. Dla ich matki. Dla ich spokoju sumienia.
Wieczorami wracałam do pustego mieszkania. Marek coraz częściej zostawał dłużej w pracy. — Muszę nadrobić zaległości — tłumaczył. A ja siedziałam w ciszy, patrząc na nasze wspólne zdjęcia z czasów, gdy jeszcze byliśmy szczęśliwi. Zastanawiałam się, kiedy ostatni raz ktoś zapytał mnie, jak się czuję. Czy ktoś zauważył, że znikam?
Któregoś dnia zadzwoniła do mnie moja mama. — Aniu, dawno się nie widziałyśmy. Wszystko w porządku? — Jej głos był ciepły, troskliwy. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. — Mamo, nie wiem, czy dam radę. Czuję się, jakbym przestała istnieć. —
— Kochanie, musisz pomyśleć o sobie. Nikt za ciebie tego nie zrobi — powiedziała cicho.
Ale jak? Jak powiedzieć „nie”, gdy wszyscy oczekują, że będziesz? Że poświęcisz swój czas, swoje życie, bo „nie masz dzieci, więc możesz”? Czy to naprawdę sprawiedliwe?
Wkrótce zaczęłam mieć problemy ze zdrowiem. Bezsenność, bóle głowy, ciągłe zmęczenie. Lekarz powiedział, że to stres. — Musi pani odpocząć, zadbać o siebie — usłyszałam. Ale jak, skoro nikt nie chce mnie zastąpić?
Pewnego wieczoru wybuchłam. Marek wrócił późno, jak zwykle. — Marek, ja tak dłużej nie mogę. Potrzebuję pomocy. Potrzebuję, żebyś ty też się zaangażował. To twoja mama! — krzyknęłam, a głos mi się załamał.
Spojrzał na mnie zaskoczony, jakby pierwszy raz zobaczył, że coś jest nie tak. — Przecież robisz to najlepiej. Po co zmieniać? — odpowiedział bez cienia zrozumienia.
Wtedy poczułam, że jestem sama. Że dla nich jestem tylko „tą, która ma czas”. Dodatkiem do rodziny, wygodnym rozwiązaniem. Moje potrzeby, marzenia, nawet zdrowie — wszystko zeszło na dalszy plan.
Zaczęłam szukać pomocy. Rozmawiałam z psychologiem, próbowałam przekonać rodzinę, że musimy się podzielić obowiązkami. Spotkałam się z oporem, niezrozumieniem. — Przesadzasz, Aniu. Każdy ma swoje życie. Ty masz najwięcej czasu — powtarzała Magda.
Ale ja już nie chciałam być tą, która zawsze się poświęca. Zaczęłam stawiać granice. Odmówiłam w jeden weekend. Pojechałam do mamy. Marek był wściekły, Magda obrażona. Ale ja po raz pierwszy od miesięcy poczułam, że oddycham.
Dziś wciąż opiekuję się teściową, ale już nie codziennie. Uczę się mówić „nie”, choć to trudne. Czasem pytam siebie: czy naprawdę jestem tylko dodatkiem do tej rodziny? Czy ktoś kiedyś zobaczy we mnie człowieka, a nie tylko „tę, która ma czas”? Może wy mi powiecie — czy warto się poświęcać, jeśli nikt tego nie docenia? Czy wy też kiedyś czuliście się niewidzialni w swojej rodzinie?