Oddałam dom córce, bo wierzyłam, że będzie mnie wspierać na starość. Teraz błaga mnie, żebym się wyprowadziła.
— Mamo, proszę cię… Nie rozumiesz? Ja już nie mogę tak żyć! — głos Magdy drżał, a jej oczy były pełne łez i złości. Stała naprzeciwko mnie w kuchni, tej samej kuchni, w której uczyłam ją gotować rosół, w której śmiała się jako dziecko, rozlewając mleko na podłogę. Teraz patrzyła na mnie jak na intruza.
Nie wiem, czy istnieje większe upokorzenie dla matki niż ten moment, w którym własne dziecko prosi cię, żebyś się wyniosła z domu, który sama zbudowałaś, sama sprzątałaś, ogrzewałaś przez całe życie. Do tej pory łapię się na tym, że wciąż próbuję zrozumieć, jak do tego doszło. Może powinnam była być bardziej twarda? Może nie powinnam była tak ślepo wierzyć w rodzinę?
Mam na imię Marianna. Mam 68 lat i przez większość życia byłam przekonana, że rodzina to najważniejsza wartość. Mój mąż zmarł wcześnie — miał zaledwie 52 lata. Zostałam sama z Magdą i jej młodszym bratem Pawłem. Dom w podwarszawskiej wsi był naszym azylem. To ja sadziłam jabłonie w ogrodzie, to ja malowałam ściany na wiosnę i naprawiałam cieknący dach. Kiedy dzieci dorosły, Paweł wyjechał do Gdańska za pracą. Magda została ze mną.
Była zawsze moją dumą — skończyła studia pedagogiczne, znalazła pracę w szkole. Gdy poznała Krzyśka, cieszyłam się jej szczęściem. Wkrótce urodziła się moja wnuczka Zosia. Dom znów ożył dziecięcym śmiechem. Wtedy poczułam ulgę — myślałam, że nie będę sama na starość.
Kilka lat temu Magda zaczęła mnie namawiać: — Mamo, przepisz dom na mnie. Tak będzie łatwiej z formalnościami, a ty przecież zawsze możesz tu mieszkać. Przecież jesteśmy rodziną! — mówiła z uśmiechem.
Nie miałam żadnych wątpliwości. Przecież to moja córka. Podpisałam akt notarialny bez czytania drobnych druków. Wierzyłam jej bezgranicznie.
Na początku nic się nie zmieniło. Nadal gotowałam obiady dla wszystkich, opiekowałam się Zosią, kiedy Magda pracowała. Ale z czasem zaczęły pojawiać się drobne spięcia: — Mamo, nie przesuwaj moich rzeczy w kuchni! — krzyczała Magda pewnego dnia. Innym razem usłyszałam: — To już nie jest twoja sypialnia.
Zaczęłam czuć się jak gość we własnym domu. Krzysiek coraz częściej patrzył na mnie z niechęcią. Zosia przestała przychodzić do mnie po bajki na dobranoc — Magda mówiła jej, że babcia jest zmęczona.
Pewnego wieczoru usłyszałam przez drzwi ich sypialni rozmowę:
— Ona nigdy nie wyjdzie stąd sama — mówił Krzysiek.
— Nie mogę jej wyrzucić… To moja matka! — szlochała Magda.
— Ale to nasz dom! Chcemy mieć swoje życie!
Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Przez kilka dni chodziłam jak cień po domu. Próbowałam rozmawiać z Magdą:
— Córeczko, jeśli coś ci przeszkadza, powiedz mi…
— Mamo, po prostu… czuję się jakbyś ciągle mnie kontrolowała! Chcę mieć swój dom! — odpowiedziała ze złością.
Zaczęły się ciche dni. Unikałyśmy siebie nawzajem. Krzysiek coraz częściej sugerował mi wyjazd do sanatorium albo do Pawła do Gdańska. Ale Paweł ma swoje życie — nigdy nie był blisko ze mną.
W końcu nadszedł ten dzień. Magda stanęła przede mną w kuchni i powiedziała: — Mamo, proszę cię… Musisz się wyprowadzić. Nie chcemy już tak żyć.
Poczułam się jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi. Próbowałam protestować:
— Ale gdzie mam pójść? To mój dom!
— Mamo… Proszę cię…
Nie było już odwrotu. Spakowałam kilka rzeczy do walizki i wyszłam przed dom. Stałam na ganku i patrzyłam na ogród, który pielęgnowałam przez tyle lat. Jabłonie kwitły jak co roku, zupełnie jakby nic się nie stało.
Zadzwoniłam do Pawła:
— Synku… Mogę przyjechać?
— Mamo… Nie wiem… Mam tylko kawalerkę…
Zrozumiałam wtedy, że jestem sama.
Przez kilka tygodni mieszkałam u sąsiadki, pani Haliny. Pomagała mi jak mogła — przynosiła herbatę, słuchała moich łez i żali.
— Marianno, nie możesz tak tego zostawić! To twoja córka!
Ale co miałam zrobić? Prawo było po stronie Magdy.
Czasem spotykałam Zosię na ulicy — odwracała wzrok. Krzysiek udawał, że mnie nie widzi.
W nocy nie mogłam spać. W głowie kłębiły mi się pytania: gdzie popełniłam błąd? Czy byłam za dobra? Czy matczyna miłość naprawdę powinna być bezwarunkowa?
Dziś mam 68 lat i nie mam domu. Mam tylko wspomnienia i żal do siebie samej. Czy można jeszcze zaufać własnym dzieciom? Czy oddając wszystko rodzinie, nie tracimy siebie?
Może ktoś z was potrafi odpowiedzieć na te pytania lepiej niż ja?