Oddałam swój dom przyjaciołom — dziś żałuję tej decyzji bardziej niż czegokolwiek

— Nie wierzę, że to się dzieje — szepnęłam, stojąc w progu mojego mieszkania. Farba odchodziła płatami ze ścian, w kuchni unosił się zapach stęchlizny, a na podłodze leżały porozrzucane dziecięce zabawki. Przez chwilę miałam ochotę po prostu się rozpłakać, ale zamiast tego zacisnęłam pięści. W głowie wciąż dudniły mi słowa Asi sprzed kilku miesięcy: „Ola, tylko na chwilę, obiecuję. Z Tomkiem naprawdę nie mamy gdzie się podziać. Oddamy ci wszystko w idealnym stanie.”

Asia była moją przyjaciółką od liceum. Przeżyłyśmy razem pierwsze miłości, złamane serca, egzaminy i rodzinne dramaty. Nigdy nie sądziłam, że mogłaby mnie zawieść. Kiedy zadzwoniła do mnie tamtego wieczoru, płacząc do słuchawki, nie wahałam się ani chwili. Miałam wtedy świeżo po remoncie dwupokojowe mieszkanie na Pradze, które planowałam wynająć komuś z ogłoszenia. Ale przecież nie mogłam zostawić przyjaciółki na lodzie.

— Ola, jesteś pewna? — zapytała mama, kiedy powiedziałam jej o swojej decyzji. — Wiesz, ludzie się zmieniają, a pieniądze potrafią wszystko popsuć.

— Mamo, Asia to nie „ludzie”. To Asia. Znam ją lepiej niż siebie — odpowiedziałam z przekonaniem.

Pierwsze tygodnie były spokojne. Asia dzwoniła co kilka dni, opowiadała o tym, jak dzieciaki odnajdują się w nowym miejscu i jak Tomek szuka pracy. Czułam satysfakcję — pomogłam komuś bliskiemu wyjść na prostą. Ale potem kontakt zaczął się urywać. Gdy pytałam o czynsz, Asia tłumaczyła się opóźnieniem wypłaty Tomka albo nagłą chorobą syna. Z czasem przestała odbierać telefony.

Pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz poczułam niepokój. Była sobota, padał deszcz, a ja wracałam z pracy. Zobaczyłam Tomka na przystanku autobusowym — był pijany i kłócił się z jakimś mężczyzną. Przeszłam obok nich szybkim krokiem, udając, że go nie znam. Wieczorem napisałam Asi wiadomość: „Wszystko u was w porządku?” Odpisała dopiero po dwóch dniach: „Tak, tylko Tomek miał ciężki tydzień.”

Miesiące mijały, a ja coraz częściej słyszałam od wspólnych znajomych plotki o imprezach w moim mieszkaniu. Ktoś widział Tomka z obcymi ludźmi na klatce schodowej, ktoś inny mówił o głośnej muzyce do rana. W końcu zebrałam się na odwagę i pojechałam tam bez zapowiedzi.

To, co zobaczyłam, przerosło moje najgorsze wyobrażenia. Mój dawny dom był zrujnowany — ściany porysowane kredkami i markerami, łazienka zalana wodą, w kuchni tłuste plamy na szafkach i popsuta lodówka. Asia siedziała na kanapie z papierosem w ręku i patrzyła na mnie pustym wzrokiem.

— Ola… — zaczęła cicho. — Przepraszam… Nie ogarniam już tego wszystkiego.

— Dlaczego mi nie powiedziałaś? — zapytałam drżącym głosem.

— Bałam się… Wstydziłam się… Tomek stracił pracę, dzieci są cały czas chore… Nie chciałam cię zawieść.

Chciałam ją przytulić, ale czułam tylko gniew i rozczarowanie. Przez kolejne tygodnie próbowałyśmy naprawić sytuację — Asia obiecywała poprawę, Tomek przysięgał, że znajdzie nową pracę i odda zaległy czynsz. Ale nic się nie zmieniało. W końcu musiałam podjąć decyzję: poprosiłam ich o wyprowadzkę.

To był najtrudniejszy dzień w moim życiu. Asia płakała, dzieci tuliły się do niej przerażone. Tomek nawet na mnie nie spojrzał. Pomogłam im spakować rzeczy i zamówiłam taksówkę do jej matki pod Warszawą.

Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, usiadłam na podłodze i rozpłakałam się jak dziecko. Czułam się zdradzona przez najbliższą osobę. Przez kolejne tygodnie sprzątałam mieszkanie sama — zmywałam ślady po ich obecności, próbowałam naprawić szkody i odzyskać choć odrobinę dawnego spokoju.

Rodzina powtarzała mi: „Mówiłyśmy ci! Nie można ufać nawet najbliższym.” Ale ja nie chciałam słuchać tych słów. Wciąż miałam nadzieję, że Asia zadzwoni i przeprosi naprawdę — nie tylko za mieszkanie, ale za wszystko.

Minął rok. Dziś stoję w tym samym progu i patrzę na odnowione ściany. Mieszkanie znów jest moje — ale ja już nie jestem tą samą osobą. Straciłam coś więcej niż pieniądze czy czas — straciłam wiarę w ludzi.

Czasem zastanawiam się: czy naprawdę warto pomagać bliskim za wszelką cenę? Czy można jeszcze komuś zaufać tak bezgranicznie? A może każda przyjaźń ma swój limit?

Może wy mi powiecie: co byście zrobili na moim miejscu?