Pukanie do drzwi: Łzy teściowej i cisza zdrady

— Nie otwieraj, Piotrze. Proszę cię, nie dzisiaj — szepnęłam, tuląc do siebie śpiącą Zosię. Ale on już był przy drzwiach. Pukanie rozbrzmiewało w całym mieszkaniu, jakby ktoś walił pięścią w nasze serca.

— Mamo? — głos Piotra był pełen niepokoju. — Co się stało?

Halina weszła do środka, cała przemoczona, z oczami czerwonymi od płaczu. Przez chwilę patrzyła na mnie, jakby chciała coś powiedzieć, ale tylko westchnęła ciężko i usiadła na krześle w kuchni.

— Piotrze… — zaczęła drżącym głosem. — Twój ojciec… on… on mnie zostawił.

Zamarłam. Przez lata Halina była dla mnie źródłem niepokoju i bólu. Nigdy nie zaakceptowała mnie jako żony swojego syna. „Nie jesteś wystarczająco dobra dla Piotrka” — powtarzała mi przy każdej okazji. Ale teraz siedziała przede mną złamana, a jej łzy mieszały się z deszczem spływającym po szybie.

Piotr ukląkł przy niej, objął ją ramieniem.

— Mamo, spokojnie. Co się stało? — pytał cicho.

— On… odszedł do tej kobiety z pracy. Do tej młodej… — Halina z trudem łapała oddech. — Zostawił mnie po tylu latach.

W mojej głowie kłębiły się myśli. Czy to możliwe? Pan Andrzej zawsze wydawał się taki stateczny, oddany rodzinie. Ale czy kiedykolwiek naprawdę znałam tę rodzinę?

Przez kolejne godziny Halina płakała, a Piotr próbował ją pocieszyć. Ja siedziałam w kącie, czując się jak intruz we własnym domu. Wspomnienia wracały falami: jej chłodne spojrzenia, szeptane uwagi przy świątecznym stole, ciche łzy po kolejnych nieudanych próbach zajścia w ciążę.

— Może powinnaś zadzwonić do cioci Basi? — zaproponowałam nieśmiało.

Halina spojrzała na mnie z wyrzutem.

— Nie potrzebuję twoich rad — syknęła. — To przez ciebie Piotr tak się zmienił. Przez ciebie wszystko się psuje.

Zamilkłam. Piotr spojrzał na mnie przepraszająco, ale nic nie powiedział. W tej chwili poczułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej.

Następnego dnia Halina została u nas na noc. Rano siedziała przy stole z filiżanką kawy, wpatrzona w okno.

— Zosia jeszcze śpi? — zapytała cicho.

— Tak — odpowiedziałam ostrożnie. — Miała ciężką noc.

— Dzieci zawsze mają ciężko przy takich matkach — mruknęła pod nosem.

Zacisnęłam pięści pod stołem. Ile jeszcze miałam znosić jej złośliwości? Przez lata walczyłam o akceptację, o miejsce w tej rodzinie. Ale nigdy nie byłam wystarczająca.

Wieczorem Piotr wrócił z pracy później niż zwykle. Był zmęczony, przygaszony.

— Musimy porozmawiać — powiedziałam stanowczo, gdy tylko Halina poszła do łazienki.

— Teraz? — westchnął.

— Tak. Nie mogę już tego dłużej znosić. Ona mnie nienawidzi, Piotrze. A ty… ty nic z tym nie robisz.

Spojrzał na mnie bezradnie.

— To moja matka. Przeżywa teraz trudny czas…

— A ja? Ja też przeżywam trudny czas! — głos mi się załamał. — Od lat próbujemy mieć drugie dziecko, a ona tylko dolewa oliwy do ognia!

Piotr spuścił wzrok.

— Przepraszam…

W tej chwili usłyszeliśmy szloch z korytarza. Halina stała pod drzwiami, słuchając naszej rozmowy.

— Przepraszam, że wam przeszkadzam — powiedziała cicho i zamknęła się w pokoju gościnnym.

Czułam się winna, ale też wściekła. Dlaczego zawsze to ja muszę ustępować? Dlaczego moje uczucia są mniej ważne?

Kilka dni później zadzwonił telefon. To była ciocia Basia.

— Aniu, słyszałam o wszystkim od Haliny… Jak sobie radzisz?

Nie wytrzymałam i rozpłakałam się do słuchawki.

— Nie wiem już, co robić… Ona mnie nienawidzi…

Basia westchnęła.

— Halina zawsze była dumna i uparta. Ale teraz jest naprawdę sama. Andrzej już od dawna miał romans… Wszyscy o tym wiedzieliśmy, tylko ona nie chciała widzieć prawdy.

Zatkało mnie.

— Jak to wszyscy wiedzieliście?

— Takie rzeczy trudno ukryć w małym mieście… Ale ona zawsze udawała, że wszystko jest dobrze.

Po tej rozmowie zaczęłam inaczej patrzeć na Halinę. Może jej złośliwość była tarczą przed światem? Może bała się zostać sama?

Wieczorem usiadłam obok niej na kanapie.

— Pani Halino… — zaczęłam niepewnie. — Może powinniśmy porozmawiać?

Spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem.

— O czym tu rozmawiać? Wszystko już straciłam.

— Nie wszystko… Ma pani wnuczkę, ma pani syna…

Przez chwilę milczała, a potem po jej policzku spłynęła łza.

— Nie umiem być inna, Aniu… Zawsze bałam się, że Piotr odejdzie ode mnie tak jak Andrzej odszedł ode mnie dla innej kobiety…

Zrozumiałam wtedy coś ważnego: jej nienawiść do mnie była lękiem przed utratą syna. Byłam dla niej zagrożeniem, bo zabrałam jej „chłopca”.

Od tamtej pory próbowałam być bardziej wyrozumiała. Ale rany były głębokie po obu stronach. Każda rozmowa była jak pole minowe: jedno nieostrożne słowo mogło wywołać wybuch.

Pewnego dnia Piotr wrócił do domu blady jak ściana.

— Muszę ci coś powiedzieć… — zaczął drżącym głosem.

Serce mi stanęło.

— Co się stało?

Usiadł naprzeciwko mnie i spuścił wzrok.

— Byłem dzisiaj u lekarza… Wyniki badań… Aniu, to ja mam problem z płodnością…

Zamarłam. Przez lata obwiniałam siebie za nasze niepowodzenia. Czułam się winna, gorsza… A teraz okazało się, że to nie była moja wina.

Łzy napłynęły mi do oczu.

— Dlaczego mi nie powiedziałeś?

Piotr ukrył twarz w dłoniach.

— Bałem się… Bałem się twojej reakcji… Bałem się mamy…

W tej chwili wszystko we mnie pękło. Całe życie podporządkowane cudzym oczekiwaniom: teściowej, mężowi, rodzinie…

Wieczorem usiadłam sama w kuchni i patrzyłam na zdjęcie naszej rodziny na lodówce. Czy naprawdę byłam szczęśliwa? Czy kiedykolwiek będziemy rodziną bez tajemnic i bólu?

Halina weszła cicho do kuchni i usiadła naprzeciwko mnie.

— Aniu… przepraszam za wszystko…

Spojrzałam na nią przez łzy.

— Czy my jeszcze możemy być rodziną?

Cisza między nami była ciężka jak gradowa chmura przed burzą. Ale może właśnie w tej ciszy kryje się początek przebaczenia?

Czy można odbudować coś, co tyle razy zostało złamane? Czy wy też kiedyś musieliście wybierać między sobą a rodziną?