„Synu, dom na ciebie czeka. Ale proszę, zaopiekuj się chorą siostrą.” – Tajemnice i grzechy polskiej rodziny
– Michał, przysięgnij mi… Przysięgnij, że nie zostawisz Agaty samej – szept matki był ledwo słyszalny, ale w tej ciszy szpitalnej sali brzmiał jak wyrok.
Patrzyłem na jej wychudzoną twarz, na oczy pełne łez i strachu. Wtedy nie rozumiałem jeszcze, jak ciężkie brzemię właśnie na mnie złożyła. – Przysięgam, mamo – odpowiedziałem, choć w środku czułem bunt. Miałem dwadzieścia siedem lat, własne plany, marzenia o wyjeździe do Warszawy, o pracy w wydawnictwie. Ale Agata… Moja starsza siostra od lat chorowała na schizofrenię. Ojciec odszedł, gdy byłem dzieckiem. Zostaliśmy we trójkę: ja, mama i ona.
Po pogrzebie dom w Radomiu stał się jeszcze bardziej ponury. Agata całymi dniami leżała w łóżku, czasem mówiła do siebie, czasem płakała bez powodu. Ja próbowałem pracować zdalnie jako redaktor, ale coraz częściej łapałem się na tym, że nie mam siły nawet otworzyć laptopa. Sąsiedzi patrzyli na nas z litością albo niechęcią. „To ci od tej chorej dziewczyny” – słyszałem za plecami w sklepie.
Pewnego wieczoru, gdy wróciłem z apteki, Agata siedziała na podłodze w kuchni i wyła. – Michał! On tu jest! On tu jest! – krzyczała, wskazując na pusty kąt. Uklęknąłem przy niej, objąłem ją ramionami. – Nie ma tu nikogo, Agatko. To tylko twoje myśli…
– Kłamiesz! Ty też mnie zostawisz! Wszyscy mnie zostawiają! – szarpała się, a ja poczułem bezsilność tak wielką, że miałem ochotę uciec z tego domu i nigdy nie wracać.
Ale zostałem. Bo tak obiecałem matce.
Z czasem zacząłem nienawidzić tej obietnicy. Każdy dzień był taki sam: leki, wizyty u psychiatry, sprzątanie po Agacie, która czasem rozbijała talerze albo wybiegała boso na ulicę. Przestałem spotykać się ze znajomymi. Moja dziewczyna, Kasia, próbowała mnie wspierać, ale w końcu powiedziała: – Michał, ty już nie żyjesz swoim życiem. Nie mogę tak dłużej…
Rozstaliśmy się.
Pewnej nocy obudził mnie hałas. Agata stała na parapecie otwartego okna na drugim piętrze. – Michał! Ja muszę skoczyć! Muszę go uciszyć! – krzyczała. Rzuciłem się do niej i w ostatniej chwili złapałem ją za nogi. Przez chwilę walczyliśmy jak zwierzęta. W końcu oboje upadliśmy na podłogę i płakaliśmy.
Po tym zdarzeniu lekarz zasugerował szpital psychiatryczny. – To nie jest miejsce dla niej – powiedziałem stanowczo. – Mama by tego nie chciała.
Ale czy to była prawda? Czy mama naprawdę chciała dla Agaty takiego życia? Czy ja sam tego chciałem?
Zacząłem pić. Najpierw jedno piwo wieczorem, potem butelka wódki co kilka dni. Alkohol pozwalał mi zapomnieć o odpowiedzialności, o samotności, o tym, że życie przecieka mi przez palce.
W święta przyjechała ciotka Basia z Krakowa. – Michał, ty musisz pomyśleć o sobie! Oddaj Agatę do ośrodka! Jesteś młody! – krzyczała przy stole.
– Nie rozumiesz! Obiecałem mamie! – wybuchnąłem.
– A mama chciałaby widzieć cię takim wrakiem? Chciałaby widzieć Agatę zamkniętą w czterech ścianach?
Nie odpowiedziałem. Po jej wyjeździe długo patrzyłem w lustro i widziałem tam kogoś obcego.
W końcu podjąłem decyzję. Znalazłem prywatny dom opieki pod Warszawą. Pojechałem tam z Agatą pewnego marcowego poranka. Całą drogę milczała, tylko ściskała moją dłoń tak mocno, że aż bolało.
– Michał… Ty wrócisz po mnie? – zapytała cicho przed wejściem.
– Tak, Agatko. Obiecuję.
Kiedy wróciłem do pustego domu, poczułem ulgę… i przerażającą pustkę. Przez kilka tygodni żyłem jak w transie: praca, zakupy, samotne wieczory przed telewizorem. Czasem dzwoniłem do ośrodka – mówili, że Agata ma lepsze dni i gorsze dni.
Pewnego dnia zadzwonił telefon.
– Pan Michał Nowak?
– Tak…
– Tu doktor Zieliński z ośrodka w Piasecznie. Pańska siostra… miała atak paniki i uciekła z budynku. Znaleźliśmy ją nad rzeką… Niestety…
Nie pamiętam reszty rozmowy. Tylko to jedno słowo: „niestety”.
Na pogrzebie Agaty nie było nikogo poza mną i ciotką Basią. Stałem nad jej grobem i czułem tylko pustkę i gniew na cały świat.
Po wszystkim wróciłem do domu rodzinnego i przez wiele miesięcy nie wychodziłem z łóżka. Z pracy mnie zwolnili. Znajomi przestali dzwonić.
Dziś minęło pięć lat od śmierci Agaty i siedzę sam przy kuchennym stole w tym samym domu w Radomiu. Czasem wydaje mi się, że słyszę jej głos albo śmiech mamy z ogrodu.
Czy mogłem zrobić coś inaczej? Czy byłem złym bratem? Czy obietnice składane umierającym rodzicom są ważniejsze niż własne życie?
Może ktoś z was też musiał wybierać między sobą a rodziną? Jak poradzić sobie z takim ciężarem?