Zapomniana przez własne dzieci: Ostatnie ostrzeżenie matki
— Mamo, nie przesadzaj, przecież dzwoniłam dwa tygodnie temu — głos Agnieszki brzmiał przez telefon obco, jakby rozmawiała z urzędniczką, a nie z matką. — Mam dużo pracy, dzieci chorują, Paweł ciągle w delegacji. Nie mogę być wszędzie.
Odstawiłam słuchawkę na stół i przez chwilę patrzyłam w okno, za którym szary deszcz rozmywał świat. W domu panowała cisza, którą przerywało tylko tykanie starego zegara po dziadkach. Kiedyś ten dom tętnił życiem — śmiechem dzieci, zapachem pieczonego ciasta, kłótniami o drobiazgi. Teraz nawet echo nie miało się od czego odbić.
Od tygodni nie widziałam żadnego z moich dzieci. Agnieszka, najstarsza, zawsze była tą odpowiedzialną. Michał — wieczny buntownik, który wyprowadził się do Warszawy i od tamtej pory pojawia się tylko na święta. Kasia, moja najmłodsza, jeszcze studiuje i twierdzi, że nie ma czasu nawet na kawę. Każde z nich ma swoje życie, a ja… ja zostałam sama.
Pamiętam, jak kiedyś marzyłam o tym, żeby w końcu mieć chwilę dla siebie. Teraz te chwile ciągną się jak bezkresna pustynia. Zaczęłam mówić do siebie — najpierw żartem, potem coraz częściej ze strachu przed ciszą.
Pewnego popołudnia, gdy deszcz bębnił w szyby jakby chciał mnie obudzić z letargu, usiadłam przy stole i zaczęłam pisać listy do dzieci. Nie chciałam ich straszyć ani szantażować. Chciałam tylko, żeby wiedzieli, jak bardzo boli mnie ich obojętność.
„Kochani,
Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, jak bardzo mi was brakuje. Dom bez was jest pusty i zimny. Zawsze myślałam, że rodzina to coś więcej niż tylko wspólne zdjęcia na ścianie. Jeśli nie znajdziecie dla mnie miejsca w swoim życiu, będę musiała pomyśleć o sobie — może sprzedać dom i zacząć wszystko od nowa. Nie chcę być ciężarem ani dla was, ani dla siebie.”
Nie wysłałam tych listów od razu. Leżały na stole kilka dni, a ja wciąż się wahałam. Może przesadzam? Może to normalne, że dzieci dorastają i odchodzą? Ale przecież ja też kiedyś byłam córką — i choć mama czasem mnie denerwowała, zawsze znalazłam dla niej czas.
W końcu zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do Michała.
— Cześć mamo — odezwał się zniecierpliwionym głosem. — Jestem w pracy, możesz mówić szybko?
— Michał… czy ty w ogóle pamiętasz jeszcze o tym domu? O mnie?
— Mamo, nie zaczynaj…
— Nie zaczynam. Kończę. Jeśli nie przyjedziesz w tym miesiącu, sprzedam dom i wyjadę gdzieś daleko. Może nad morze? Zawsze chciałam mieszkać blisko wody.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Mamo…
— Nie chcę być ciężarem. Ale nie chcę też być zapomniana.
Rozłączyłam się pierwsza. Ręce mi drżały. Przez chwilę miałam wyrzuty sumienia — może rzeczywiście przesadzam? Ale potem przypomniałam sobie wszystkie te samotne wieczory i łzy w poduszkę.
Następnego dnia zadzwoniła Kasia.
— Mamo… co się dzieje? Michał do mnie dzwonił, mówił że jesteś jakaś dziwna ostatnio.
— Dziwna? Może po prostu samotna.
— Przecież wiesz, że cię kochamy…
— Miłość to nie tylko słowa przez telefon raz na miesiąc.
Kasia milczała długo.
— Przyjadę w weekend — powiedziała cicho.
W sobotę po raz pierwszy od miesięcy ktoś przekroczył próg mojego domu. Kasia przywiozła ze sobą ciasto i uśmiech — ten sam dziecięcy uśmiech, który pamiętałam z jej dzieciństwa.
— Mamo… przepraszam. Nie wiedziałam, że aż tak ci źle.
— Nie chcę przeprosin. Chcę tylko waszej obecności.
Rozmawiałyśmy długo — o jej studiach, o moich lękach, o tym jak bardzo boję się starości w samotności. Kasia obiecała porozmawiać z rodzeństwem.
Tydzień później przyjechała Agnieszka z wnukami. Michał zadzwonił i zapowiedział wizytę na następny weekend. Dom znów zaczął tętnić życiem — choć wiedziałam już, że to nie potrwa wiecznie.
Wieczorem usiadłam przy oknie z kubkiem herbaty i patrzyłam na ogród zalany deszczem. Może nie jestem już najważniejsza w ich życiu — ale czy to znaczy, że mam przestać istnieć?
Czy naprawdę musimy czekać na dramatyczne gesty, żeby przypomnieć sobie o tych, którzy nas kochają? Czy samotność starszych ludzi to cena za dorosłość ich dzieci?