Kiedy marzenia o wolności zamieniły się w koszmar: Opowieść o jednej teściowej i utraconej prywatności
– Znowu zostawiłaś kubek na stole, Marto. – Głos Zofii, mojej teściowej, przeszył ciszę poranka jak nóż. Stałam w kuchni, z ręką na czajniku, i poczułam, jak cała krew odpływa mi z twarzy.
– Przepraszam, już sprzątam – odpowiedziałam cicho, choć w środku aż się gotowałam. Ile razy można słuchać tych samych uwag? Ile razy można tłumaczyć się z własnych drobiazgów we własnym domu?
Marcin, mój mąż, siedział przy stole z gazetą, udając, że nie słyszy. Tak było od lat. Dziesięć lat temu, kiedy wzięliśmy kredyt na nasze wymarzone, choć ciasne, dwa pokoje na warszawskim Ursynowie, Zofia obiecała, że zostanie z nami tylko do czasu, aż spłacimy mieszkanie. Mówiła: „Pomogę wam, dzieci, a potem się wyprowadzę. Przecież nie będę wam przeszkadzać.”
Wtedy byłam jej wdzięczna. Sama wychowała Marcina po śmierci jego ojca, była silna, zaradna, a ja – młoda, naiwna, pełna nadziei. Wierzyłam, że wszystko się ułoży. Przez te lata znosiłam jej obecność, jej uwagi, jej kontrolę nad każdym aspektem naszego życia. Nawet wtedy, gdy wracałam z pracy zmęczona i marzyłam tylko o chwili ciszy, ona była – w kuchni, w łazience, w salonie. Zawsze obecna, zawsze czujna.
Kiedy wreszcie spłaciliśmy kredyt, poczułam ulgę. To miał być nasz nowy początek. Marcin obiecał, że porozmawia z matką. – Mamo, mówiłaś, że się wyprowadzisz, kiedy spłacimy mieszkanie – zaczął nieśmiało pewnego wieczoru. Zofia spojrzała na niego z wyrzutem.
– I gdzie mam pójść? Na starość do jakiejś klitki? Przecież tu jest mój dom. Pomagałam wam, a teraz chcecie mnie wyrzucić? – Jej głos drżał, a w oczach pojawiły się łzy. Marcin zamilkł. Ja też. Wiedziałam, że przegrałam.
Od tego dnia wszystko się zmieniło. Zofia zaczęła zachowywać się tak, jakby to ona była właścicielką mieszkania. Przestawiała moje rzeczy, komentowała każdy mój ruch, a nawet zaczęła zapraszać swoje koleżanki bez pytania. Czułam się jak intruz we własnym domu. Marcin coraz częściej wracał późno z pracy, a kiedy próbowałam z nim rozmawiać, tylko wzdychał:
– Marta, ona jest już starsza, nie możemy jej tak po prostu wyrzucić. Przecież to moja matka.
– A ja? – pytałam. – Czy ja się nie liczę? Czy moje życie, moje marzenia o prywatności, o normalnym małżeństwie, nie mają znaczenia?
– Przesadzasz – odpowiadał. – Przecież nie jest tak źle.
Ale było. Każdego dnia coraz gorzej. Zofia zaczęła wtrącać się nawet w nasze sprawy intymne. Pewnego wieczoru, kiedy wróciliśmy z Marcinem z kina, usłyszałam, jak rozmawia przez telefon z ciotką:
– Oni to już nawet nie śpią razem. Marta to chyba nie może mieć dzieci. Szkoda mi Marcina, taki dobry chłopak, a ona tylko pracuje i pracuje.
Poczułam, jakby ktoś mnie policzkował. Wpadłam do pokoju, nie mogąc powstrzymać łez.
– Jak możesz tak mówić?! – krzyknęłam. – To nasze życie, nasze sprawy!
Zofia spojrzała na mnie z pogardą.
– Gdybyś była lepszą żoną, nie musiałabym się martwić o mojego syna.
Marcin milczał. Zawsze milczał, kiedy chodziło o jego matkę. Zaczęłam się zastanawiać, czy kiedykolwiek byłam dla niego ważna. Czy nasze małżeństwo było tylko dodatkiem do jego relacji z matką?
Z czasem zaczęłam unikać domu. Zostawałam dłużej w pracy, chodziłam na długie spacery po mieście, byle tylko nie wracać do tej dusznej atmosfery. Zofia coraz częściej robiła mi wyrzuty:
– Nie gotujesz, nie sprzątasz, nie dbasz o Marcina. Po co cię on w ogóle poślubił?
Czułam się jak służąca, jak ktoś niepotrzebny, zbędny. Nawet nasze wspólne święta zamieniły się w koszmar. Zofia zapraszała całą rodzinę, a ja musiałam udawać, że wszystko jest w porządku. W środku krzyczałam z bezsilności.
Pewnego dnia, kiedy wróciłam do domu, zobaczyłam, że Zofia przestawia moje książki na półkach.
– Co ty robisz? – zapytałam, próbując zachować spokój.
– Robię porządek. Tu jest bałagan. Ty się do niczego nie nadajesz.
Nie wytrzymałam. Wybiegłam z mieszkania, trzaskając drzwiami. Siedziałam na klatce schodowej, płacząc jak dziecko. Zadzwoniłam do mojej mamy.
– Mamo, nie wytrzymam już. Ona mnie niszczy. Marcin nic nie robi. Czuję się jak powietrze.
Mama milczała przez chwilę, a potem powiedziała:
– Córeczko, musisz walczyć o siebie. Jeśli on nie potrafi postawić granic, musisz to zrobić sama. Albo się dogadacie, albo będziesz cierpieć całe życie.
Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Postanowiłam porozmawiać z Marcinem. Wieczorem, kiedy Zofia poszła spać, usiadłam naprzeciwko niego.
– Marcin, musimy coś zmienić. Nie mogę tak żyć. Albo twoja mama się wyprowadzi, albo ja odejdę. Nie chcę być już dłużej niewidzialna.
Spojrzał na mnie zaskoczony, jakby pierwszy raz usłyszał, co czuję.
– Przesadzasz, Marta. Mama jest starsza, nie poradzi sobie sama. Poza tym, to też jej dom.
– To nie jest jej dom. To nasze mieszkanie. Spłacaliśmy je razem. Miała się wyprowadzić. Złamała obietnicę. A ty pozwalasz jej na wszystko.
Marcin spuścił wzrok. Przez chwilę milczeliśmy. W końcu powiedział cicho:
– Nie wiem, co mam zrobić. Nie chcę cię stracić, ale nie mogę zostawić mamy.
Wtedy zrozumiałam, że jestem sama. Że nikt nie stanie po mojej stronie. Że muszę sama zawalczyć o siebie.
Zaczęłam szukać mieszkania do wynajęcia. Znalazłam małą kawalerkę na Mokotowie. Spakowałam rzeczy, zostawiłam Marcinowi list. Napisałam, że kocham go, ale nie mogę dłużej żyć w cieniu jego matki. Że zasługuję na szacunek, na własny kąt, na oddech.
Zofia nie zadzwoniła. Marcin przyszedł po tygodniu. Stał w drzwiach, z oczami pełnymi łez.
– Marta, wróć. Mama obiecała, że się zmieni. Że nie będzie się wtrącać.
– Marcin, ja już nie wierzę w obietnice. Dziesięć lat czekałam na wolność. Teraz chcę być sama. Muszę nauczyć się żyć dla siebie.
Patrzył na mnie długo, jakby próbował zrozumieć, co się stało. Ale to już nie miało znaczenia. Odeszłam.
Dziś, siedząc w mojej małej kawalerce, czuję smutek, ale i ulgę. Czasem pytam siebie: czy naprawdę musiałam poświęcić wszystko, by odzyskać siebie? Czy w polskich rodzinach zawsze musi być tak, że kobieta jest ostatnia w kolejce po szczęście? Co wy o tym myślicie? Czy ktoś z was też musiał wybierać między sobą a rodziną?