Wszyscy wiedzieli, tylko nie ja: Życie między zdradami na warszawskim blokowisku

— Nie wierzę ci, Paweł! — krzyknęłam, czując jak głos drży mi z rozpaczy i gniewu. Stałam w kuchni, w tej samej kuchni, w której przez piętnaście lat gotowałam dla naszej rodziny obiady, śmiałam się z dziećmi i rozmawiałam z nim o wszystkim. Teraz czułam się jak intruz we własnym domu. Paweł patrzył na mnie z niepokojem, ale w jego oczach nie widziałam już miłości — tylko zmęczenie i coś na kształt ulgi.

Nazywam się Marta. Mam trzydzieści osiem lat i przez większość życia byłam przekonana, że jestem szczęśliwa. Mieszkaliśmy na Ursynowie, w jednym z tych szarych bloków, gdzie wszyscy się znają, a plotki rozchodzą się szybciej niż echo po klatce schodowej. Nasze życie było zwyczajne: praca, dzieci, zakupy w Biedronce, weekendowe spacery po Kabatach. Zawsze powtarzałam sobie, że to wystarczy do szczęścia.

Ale tej nocy wszystko się zmieniło. Wróciłam wcześniej z dyżuru w aptece. Była druga w nocy, cicho otworzyłam drzwi, żeby nie obudzić dzieci. Wtedy usłyszałam śmiech — kobiecy śmiech, znajomy aż do bólu. Zamarłam. Przez uchylone drzwi do salonu zobaczyłam Pawła i moją najlepszą przyjaciółkę, Justynę. Siedzieli blisko siebie na kanapie, jej ręka spoczywała na jego udzie. Ich spojrzenia mówiły wszystko.

— Marta… To nie tak… — zaczął Paweł, ale nie pozwoliłam mu dokończyć.

— Jak długo? — zapytałam cicho, czując jak łzy palą mnie pod powiekami.

Justyna spuściła wzrok. Paweł milczał. W tej ciszy usłyszałam wszystko, czego nie chciałam wiedzieć.

Przez kolejne dni żyłam jak w amoku. Dzieci — Antek i Zosia — pytały, czemu mama płacze w łazience i dlaczego tata śpi na kanapie. Sąsiedzi patrzyli na mnie z dziwną mieszaniną współczucia i ciekawości. W sklepie pani Kasia z warzywniaka unikała mojego wzroku. Zaczęłam rozumieć: wszyscy wiedzieli. Tylko nie ja.

W pracy nie mogłam się skupić. Koleżanki szeptały za moimi plecami. Jedna z nich, Magda, podeszła do mnie któregoś dnia i powiedziała: — Marta, przykro mi… Ale może to lepiej? Może teraz zaczniesz żyć dla siebie?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przez lata żyłam dla innych: dla Pawła, dla dzieci, dla naszej rodziny. Kim byłam bez tego wszystkiego?

Wieczorami siedziałam sama w kuchni i patrzyłam na zdjęcia ze ślubu, na rysunki dzieci przyklejone do lodówki. Próbowałam znaleźć odpowiedź na pytanie: gdzie popełniłam błąd? Czy byłam zbyt naiwna? Czy powinnam była wcześniej zauważyć sygnały? Przypominałam sobie wszystkie te drobne momenty: spóźnione powroty Pawła z pracy, tajemnicze wiadomości od Justyny, jej nagłe zainteresowanie naszymi problemami małżeńskimi.

Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i poszłam do Justyny. Mieszkała piętro wyżej. Otworzyła drzwi i spojrzała na mnie z wyrzutem.

— Po co przyszłaś? — zapytała chłodno.

— Chcę tylko wiedzieć dlaczego — odpowiedziałam drżącym głosem.

Justyna wzruszyła ramionami.

— To się po prostu stało. Byliśmy samotni… Ty zawsze byłaś zajęta dziećmi i pracą…

Poczułam, jak coś we mnie pęka.

— A ja? Ja też byłam samotna! — wykrzyczałam jej prosto w twarz.

Wróciłam do mieszkania i długo płakałam. Dzieci tuliły mnie mocno, nie rozumiejąc do końca, co się dzieje. Antek zapytał: — Mamo, czy tata już nas nie kocha?

Nie umiałam odpowiedzieć.

Z czasem zaczęły wychodzić kolejne prawdy. Okazało się, że sąsiedzi widywali Pawła i Justynę razem już od miesięcy. Moja własna matka powiedziała mi przez telefon: — Marta, ja zawsze czułam, że coś jest nie tak z tą Justyną… Ale nie chciałam cię martwić.

Poczułam się zdradzona przez wszystkich: przez męża, przyjaciółkę, rodzinę i sąsiadów. Każdy wiedział o moim upokorzeniu wcześniej ode mnie.

Przez kilka tygodni żyliśmy z Pawłem pod jednym dachem jak obcy ludzie. On próbował rozmawiać ze mną o dzieciach i rachunkach, ale ja nie byłam w stanie spojrzeć mu w oczy. Każde jego słowo bolało jak kolejne uderzenie.

Któregoś wieczoru usiadł naprzeciwko mnie przy stole.

— Marta… Przepraszam. Wiem, że cię zraniłem. Ale nie potrafię już tego cofnąć.

Spojrzałam na niego i zobaczyłam człowieka, którego kiedyś kochałam całym sercem — a teraz był mi zupełnie obcy.

— Chcę rozwodu — powiedziałam spokojnie.

Nie protestował.

Rozwód był bolesny i upokarzający. Musiałam tłumaczyć dzieciom, dlaczego tata się wyprowadza i dlaczego mama jest smutna. Musiałam znosić spojrzenia sąsiadów i plotki na klatce schodowej. Musiałam nauczyć się żyć sama — po raz pierwszy od piętnastu lat.

Najtrudniejsze były wieczory. Cisza w mieszkaniu była ogłuszająca. Czasem łapałam się na tym, że czekam na dźwięk klucza w drzwiach albo wiadomość od Justyny z pytaniem o kawę czy spacer po osiedlu. Ale te dźwięki już nigdy nie wróciły.

Zaczęłam chodzić na długie spacery po Ursynowie. Patrzyłam na ludzi wokół siebie i zastanawiałam się, ile jeszcze takich historii kryje się za zamkniętymi drzwiami bloków. Ile kobiet żyje w kłamstwie? Ile osób udaje szczęście tylko dlatego, że boją się prawdy?

Powoli zaczęłam odnajdywać siebie na nowo. Zapisałam się na jogę, zaczęłam czytać książki, które zawsze odkładałam „na później”. Poznałam kilka nowych osób — kobiet takich jak ja, które musiały zacząć wszystko od początku.

Czasem jeszcze boli. Czasem budzę się w nocy i pytam siebie: dlaczego ja? Co zrobiłam źle? Ale coraz częściej myślę o przyszłości bez lęku.

Może to właśnie jest życie? Może czasem trzeba stracić wszystko, żeby odnaleźć siebie?

Czy można jeszcze komuś zaufać? Czy warto próbować budować coś od nowa?

Nie wiem. Ale wiem jedno — już nigdy nie pozwolę sobie żyć w kłamstwie.