Niespodziewana propozycja, która zmieniła wszystko. Historia o poświęceniu, rodzinie i drugim początku.
– Michał, nie możesz tak po prostu tego zrobić! – głos mamy drżał, a jej wychudzone dłonie ściskały brzeg stołu. – Nie możesz rzucić studiów. To wszystko, co ci zostało.
Patrzyłem na nią przez łzy. W kuchni pachniało lekko przypalonym mlekiem, a za oknem szarzał listopadowy wieczór. W głowie miałem tylko jedno: jak zapłacić za kolejną chemioterapię? Jak ochronić Klarę przed światem, który już dawno przestał być sprawiedliwy?
– Mamo, nie rzucam. Po prostu… muszę znaleźć jeszcze jedną pracę. – Głos mi się łamał. – Nie dam rady inaczej.
Klara weszła do kuchni w za dużym swetrze po tacie. Miała czternaście lat, ale jej oczy były jeszcze dziecinne, pełne wiary, że wszystko się ułoży. – Michał, mogę ci pomóc z lekcjami? – zapytała cicho.
Uśmiechnąłem się przez łzy. – Jasne, Klaruś. Ale najpierw odrób swoje.
Tata zmarł dwa lata temu na zawał. Z dnia na dzień świat się zawalił. Zostałyśmy z mamą i Klarą same. Szybko okazało się, że tata miał długi – kredyty, których nie spłacał, rachunki za prąd i gaz piętrzące się w szufladzie. Mama zachorowała kilka miesięcy później. Rak piersi. Leczenie kosztowało więcej niż wszystko, co mieliśmy.
Studiowałem prawo na Uniwersytecie Warszawskim i pracowałem jako praktykant w kancelarii adwokackiej. Praca była słabo płatna, ale dawała nadzieję na przyszłość. Wieczorami siedziałem przy kuchennym stole i liczyłem: ile jeszcze zostało pieniędzy? Ile czasu? Czy dam radę utrzymać rodzinę?
Czułem się jak starzec zamknięty w ciele dwudziestotrzylatka.
Pewnego dnia szef zaprosił mnie na przyjęcie do willi pod Warszawą. Nie miałem garnituru ani nawet porządnych butów. Pożyczyłem marynarkę od kolegi z roku i pojechałem tramwajem na drugi koniec miasta.
Willa była ogromna, pełna światła i ludzi w eleganckich strojach. Czułem się jak intruz. Stałem pod ścianą i patrzyłem na kryształowe żyrandole, kiedy podeszła do mnie starsza kobieta o przenikliwym spojrzeniu.
– Ty tu nie pasujesz – powiedziała bez ogródek.
Zawstydziłem się. – Przepraszam…
– Nie przepraszaj – uśmiechnęła się lekko. – To komplement. Jestem Elżbieta Nowakowska.
Nazwisko znałem z gazet – filantropka, właścicielka fundacji pomagającej dzieciom z ubogich rodzin.
– Michał Zieliński – przedstawiłem się niepewnie.
Rozmawialiśmy długo. O studiach, o rodzinie, o tym, jak trudno jest czasem po prostu przeżyć kolejny dzień. Elżbieta słuchała uważnie, zadawała pytania, których nikt inny nie miał odwagi zadać.
Po powrocie do domu nie mogłem przestać o niej myśleć. Jej spojrzenie przeszywało mnie na wskroś.
Kilka dni później zadzwoniła do mnie sekretarka Elżbiety:
– Pani Nowakowska prosi, by pan przyszedł do niej do domu jutro o siedemnastej.
Nie spałem całą noc. Czego może chcieć ode mnie taka kobieta?
Willa była jeszcze bardziej imponująca niż za pierwszym razem. Elżbieta czekała na mnie w gabinecie pełnym książek i obrazów.
– Michał – zaczęła bez zbędnych wstępów – chcę ci coś zaproponować. Ale zanim to zrobię, musisz mi obiecać jedno: szczerość.
Skinąłem głową.
– Chcę, żebyś został moim mężem.
Zamarłem.
– Przepraszam…?
– To nie jest propozycja z miłości – wyjaśniła spokojnie. – Potrzebuję kogoś zaufanego, komu mogę przekazać to, co budowałam przez całe życie. Nie mam rodziny ani spadkobierców. Ty masz serce i determinację. Ja mam środki i doświadczenie.
Milczałem długo.
– Wiem, że masz rodzinę w trudnej sytuacji – dodała cicho. – Pomogę wam wszystkim. Ale musisz być gotów na odpowiedzialność większą niż własne życie.
Wyszedłem stamtąd roztrzęsiony. Całą noc chodziłem po pokoju, patrząc na śpiącą mamę i Klarę. Czy mogę to zrobić? Czy to moralne? Czy to nie zdrada siebie?
Rano wróciłem do willi Elżbiety i powiedziałem:
– Zgadzam się.
Ślub odbył się po cichu w urzędzie stanu cywilnego na Ochocie. Bez świadków poza sekretarką Elżbiety i moim kolegą z roku.
Od tego dnia wszystko się zmieniło. Mama dostała najlepszą opiekę medyczną w prywatnej klinice onkologicznej. Klara zaczęła naukę w renomowanym liceum społecznym na Mokotowie. Długi zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Ale ja… czułem się jak aktor w cudzym życiu.
Elżbieta była uprzejma, ale chłodna. Większość czasu spędzała zamknięta w swoim gabinecie lub wyjeżdżała na spotkania zarządu fundacji. Unikała rozmów o sobie.
Pewnego wieczoru zobaczyłem ją przez uchylone drzwi – siedziała przy biurku z listem w ręku i płakała cicho.
Tego samego wieczoru wręczyła mi kopertę z pieczęcią.
– Czas, żebyś wiedział prawdę – powiedziała poważnie.
W środku był list i dokument notarialny. Elżbieta pisała: „Jestem śmiertelnie chora. Zostało mi niewiele czasu. Chcę ci przekazać wszystko: majątek i fundację.”
Zaniemówiłem.
– Dlaczego ja? – zapytałem szeptem.
– Bo jesteś jedynym człowiekiem, jakiego spotkałam od lat, który nie myśli tylko o sobie – odpowiedziała spokojnie. – Widziałam twoją walkę o rodzinę. Twoją uczciwość i siłę.
Zacząłem pracować w fundacji pod jej okiem. Poznałem ludzi, którym pomogła: dzieci z domów dziecka, samotne matki, studentów bez środków do życia. Zrozumiałem skalę jej pracy i odpowiedzialności, którą mi powierzała.
Elżbieta gasła z dnia na dzień. W ostatnich tygodniach rozmawialiśmy dużo o życiu i śmierci.
– Najważniejsze to zostawić po sobie coś dobrego – powiedziała kiedyś cicho. – Nie bój się odpowiedzialności, Michałku. Masz wszystko, czego potrzeba.
Kiedy odeszła, dom wydawał się pusty jak nigdy wcześniej.
Znalazłem jeszcze jeden list:
„Nie oczekuję od ciebie perfekcji. Rób tyle dobrego, ile potrafisz. Słuchaj serca.”
Dziś prowadzę fundację jej imienia i staram się pomagać takim jak ja: młodym ludziom przygniecionym przez los, którzy mają potencjał, ale brakuje im wsparcia.
Mama wraca do zdrowia powoli, Klara zdobywa nagrody w olimpiadach biologicznych i marzy o studiach weterynaryjnych w Lublinie.
A ja… czasem pytam siebie: czy naprawdę zasłużyłem na tę szansę? Czy potrafię udźwignąć ciężar czyjegoś marzenia?
A wy? Co byście zrobili na moim miejscu? Czy można być szczęśliwym dzięki cudzej tragedii?