Cena zaufania: Jak walczyłam o bezpieczeństwo mojej córki i wnuków, gdy zięć chciał przepisać dom na swoją matkę
— Mamo, proszę cię, nie zaczynaj znowu — głos Ani drżał, a jej dłonie nerwowo bawiły się obrączką. Siedziałyśmy przy kuchennym stole, a za oknem szarzał listopadowy wieczór. W powietrzu wisiała cisza, która bolała bardziej niż krzyk.
— Aniu, ja tylko chcę twojego dobra. — Starałam się mówić spokojnie, choć w środku gotowałam się ze złości i strachu. — Nie rozumiem, dlaczego Marek upiera się, żeby dom był na jego matkę. Przecież to wy będziecie tam mieszkać, wy bierzecie kredyt!
Ania spuściła wzrok. Widziałam, jak bardzo jest zmęczona — nie tylko ciążą, ale i tym wszystkim, co się działo od kilku tygodni. Marek przychodził coraz później do domu, unikał rozmów. A kiedy już mówił o domu, powtarzał tylko: „To dla bezpieczeństwa rodziny”.
Ale czyjej rodziny? — myślałam gorzko.
Wszystko zaczęło się dwa miesiące temu. Ania zadzwoniła do mnie późnym wieczorem, płakała. „Mamo, Marek chce, żeby dom był na jego mamę. Mówi, że tak będzie lepiej, bo ona ma lepszą zdolność kredytową. Ale ja się boję…”.
Od tamtej pory nie mogłam spać spokojnie. Znałam te historie — ileż to razy słyszałam o kobietach wyrzucanych z własnych domów przez teściowe albo mężów? Pracowałam całe życie w szkole i widziałam, jak dzieci cierpią przez dorosłych. Nie mogłam pozwolić, żeby to spotkało moją córkę i wnuki.
— Mamo, Marek mówi, że to tylko formalność…
— A jeśli coś się stanie? Jeśli się pokłócicie? Jeśli jego matka zmieni zdanie?
Ania milczała. Widziałam łzy w jej oczach.
Kilka dni później postanowiłam porozmawiać z Markiem. Zaprosiłam ich na obiad. Przy stole atmosfera była ciężka jak powietrze przed burzą.
— Marek — zaczęłam ostrożnie — czy możesz mi wyjaśnić, dlaczego dom ma być na twoją mamę?
Spojrzał na mnie chłodno. — Pani Zofio, to tylko kwestia kredytu. Mama ma stałą pracę w urzędzie i bank daje nam lepsze warunki. Poza tym… przecież jesteśmy rodziną.
— Rodziną? — nie wytrzymałam. — A Ania? To jej dom też! Czy nie powinna mieć pewności?
Marek wzruszył ramionami. — Przecież jej nie wyrzucimy.
Wtedy zobaczyłam spojrzenie mojej córki — pełne wstydu i bezradności. Poczułam się bezsilna jak nigdy dotąd.
Wieczorem zadzwoniła do mnie moja siostra Basia.
— Zosiu, nie możesz się wtrącać za bardzo. To ich życie.
— Ale jeśli nie zareaguję teraz, potem może być za późno! — krzyknęłam do słuchawki.
Nie spałam całą noc. W głowie kłębiły mi się myśli: czy przesadzam? Czy rzeczywiście powinnam się mieszać? Ale przecież chodzi o bezpieczeństwo mojej córki i wnuków!
Następnego dnia pojechałam do Ani. Siedziała na kanapie z synkiem na kolanach.
— Aniu, musisz walczyć o swoje. Jeśli dom będzie na twoją teściową, nie będziesz miała żadnych praw!
— Mamo… ja już nie mam siły walczyć… Marek mówi, że jak będę robić problemy, to on… — urwała i zaczęła płakać.
Przytuliłam ją mocno. — Córeczko, nie możesz się poddać. Pomyśl o dzieciach.
Kilka dni później dostałam telefon od Marka.
— Pani Zofio, proszę się nie wtrącać w nasze sprawy rodzinne. Ania jest moją żoną i wiem, co dla niej dobre.
— A ja jestem jej matką i wiem, co znaczy stracić wszystko przez czyjąś głupotę! — odpowiedziałam ostro.
Po tej rozmowie Ania przestała odbierać moje telefony. Czułam się jak wróg własnej córki. Zaczęłam wątpić we wszystko: w siebie jako matkę, w swoje decyzje…
W pracy byłam rozkojarzona. Koleżanka z pokoju spojrzała na mnie z troską:
— Zosiu, co się dzieje?
Opowiedziałam jej wszystko. Pokiwała głową.
— Moja kuzynka miała podobnie… Skończyło się rozwodem i walką o dzieci.
To była kropla, która przelała czarę goryczy. Wieczorem pojechałam do domu Ani bez zapowiedzi.
Zastałam ją samą w kuchni. Była blada i zapuchnięta od płaczu.
— Aniu… jeśli nie chcesz walczyć dla siebie, zrób to dla dzieci. Ja ci pomogę. Możemy pójść do prawnika…
Spojrzała na mnie z nadzieją i strachem jednocześnie.
— Myślisz… że jeszcze nie jest za późno?
— Nigdy nie jest za późno — powiedziałam stanowczo.
Tydzień później siedziałyśmy razem u prawnika. Dowiedziałyśmy się wszystkiego o prawach własności i zabezpieczeniach dla Ani i dzieci. Marek był wściekły, ale tym razem Ania nie ustąpiła.
Dziś dom jest wspólną własnością Ani i Marka. Relacje w rodzinie są trudne — Marek długo nie rozmawiał ze mną ani z Anią. Ale wiem jedno: zrobiłam to, co powinna zrobić każda matka.
Czasem patrzę na moją córkę i zastanawiam się: ile matek musi jeszcze przejść przez taki koszmar? Czy naprawdę musimy wybierać między miłością do dziecka a jego bezpieczeństwem?