Gdy rodzina staje się obca: Historia Ani i Marka

– Anka, nie udawaj, że nie wiedziałaś! – głos Marka rozbrzmiał w kuchni rodziców jak wystrzał. Stałam przy zlewie, ściskając w dłoni kubek po herbacie, który jeszcze przed chwilą był dla mnie symbolem bezpieczeństwa. Teraz drżałam, czując jak coś we mnie pęka.

– Marek, przestań. Proszę cię… – wyszeptałam, ale on już nie słuchał. Jego twarz była czerwona, a oczy błyszczały gniewem.

Nie tak wyobrażałam sobie powrót do rodzinnego domu po pogrzebie mamy. Miało być spokojnie, mieliśmy razem przeżyć żałobę, wspominać dzieciństwo, może nawet się pośmiać przez łzy. Ale wszystko rozpadło się w jednej chwili, gdy notariusz otworzył testament.

Mama zostawiła dom mnie. Marek dostał działkę pod Warszawą. Wartości niby podobne, ale dla niego to był cios. Dom to dom – serce rodziny, miejsce wspomnień. Działka? „Co ja mam z tym zrobić?” – rzucił z pogardą.

Od tamtej chwili nie było już rozmów o dzieciństwie ani wspólnych kolacji. Były tylko ciche dni pełne napięcia i krótkie, bolesne wymiany zdań. Marek coraz częściej przychodził do domu tylko po to, by coś zabrać – stare zdjęcia, książki taty, nawet porcelanową filiżankę po babci. Każda taka wizyta kończyła się kłótnią.

Pewnego wieczoru usiadłam na schodach przed domem i patrzyłam na ogród. Przypomniałam sobie, jak razem z Markiem bawiliśmy się tu w chowanego. Byliśmy wtedy nierozłączni. On zawsze mnie bronił przed starszymi dziećmi z sąsiedztwa. Teraz nie potrafiliśmy nawet spojrzeć sobie w oczy.

– Aniu… – usłyszałam za plecami jego głos. Odwróciłam się powoli. Stał w drzwiach, oparty o framugę, z papierosem w dłoni.

– Chcesz pogadać? – zapytał cicho.

Skinęłam głową. Usiadł obok mnie i przez chwilę milczeliśmy.

– Wiesz… zawsze myślałem, że dom będzie mój – powiedział nagle. – Mama obiecała mi to kiedyś, gdy tata jeszcze żył.

Poczułam ukłucie żalu.

– Nigdy mi o tym nie mówiła – odpowiedziałam szczerze.

– Bo ty zawsze byłaś jej ulubienicą – rzucił z goryczą.

Zacisnęłam pięści. Chciałam zaprzeczyć, ale wiedziałam, że on naprawdę tak myśli. Przez całe życie czuł się w cieniu mojej relacji z mamą.

– Marek, to nie ja pisałam testament – powiedziałam cicho. – Nie chciałam cię skrzywdzić.

Spojrzał na mnie z wyrzutem.

– Ale korzystasz z tego, prawda? Zostałaś tu sama jak królowa.

Zabolało mnie to bardziej niż chciałam przyznać. Przecież ten dom był dla mnie ciężarem – pełnym wspomnień i pustki po rodzicach.

W kolejnych tygodniach nasz konflikt narastał. Marek zaczął grozić sądem. Przysyłał mi maile z wyliczeniami wartości majątku, żądał wyrównania „krzywdy”. Ja próbowałam rozmawiać, tłumaczyć, prosić o kompromis. Bez skutku.

W pracy byłam cieniem samej siebie. Szefowa zapytała raz: „Ania, wszystko w porządku?” Skłamałam, że tak. W nocy nie spałam – przewracałam się z boku na bok, analizując każde słowo Marka, każde wspomnienie z dzieciństwa. Czy naprawdę byłam ulubienicą mamy? Czy mogłam coś zrobić inaczej?

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie ciotka Basia.

– Aniu, nie pozwólcie się temu zniszczyć – powiedziała łamiącym się głosem. – Wasza mama by tego nie chciała.

Ale co mama by chciała? Czy naprawdę znałam ją tak dobrze? Testament był dla mnie równie wielkim zaskoczeniem jak dla Marka.

W końcu Marek przyszedł do domu z prawnikiem. Siedzieliśmy przy tym samym stole, przy którym kiedyś jedliśmy niedzielne obiady. Teraz między nami leżały papiery i zimna kawa.

– Chcę połowy wartości domu – powiedział bez emocji.

– Nie mam takich pieniędzy – odpowiedziałam drżącym głosem.

Prawnik spojrzał na mnie chłodno:

– Możemy wystąpić o podział majątku przez sąd.

Czułam się jak intruz we własnym domu. Po wyjściu Marka długo płakałam. Zadzwoniłam do przyjaciółki Magdy:

– Nie poznaję własnego brata – wyszeptałam przez łzy.

Magda milczała przez chwilę.

– Może on też nie poznaje samego siebie – odpowiedziała w końcu.

To zdanie długo dźwięczało mi w głowie.

W końcu zdecydowałam się sprzedać dom. Nie mogłam już tu mieszkać – każdy kąt przypominał mi o tym, co straciłam: nie tylko rodziców, ale i brata. Kiedy powiedziałam Markowi o swojej decyzji, długo milczał.

– Myślisz, że to coś zmieni? – zapytał w końcu gorzko.

Nie odpowiedziałam. Bo sama nie wiedziałam.

Dziś mieszkam w małym mieszkaniu na Pradze. Czasem mijam Marka na ulicy – mijamy się bez słowa, jak obcy ludzie. Zostały tylko wspomnienia i pytania bez odpowiedzi.

Czy naprawdę warto było walczyć o te cegły i ściany? Czy pieniądze mogą być ważniejsze niż rodzina? A może czasem prawdziwe oblicza najbliższych poznajemy dopiero wtedy, gdy wszystko inne przestaje mieć znaczenie?