Kiedy Lodówka Dzieli Dom: Moja Historia Rozstania z Marcinem

— To twoje mleko, czy moje? — zapytał Marcin, stojąc przy otwartej lodówce, z tą swoją miną, która zawsze zwiastowała kłótnię.

— Nie wiem, chyba twoje — odpowiedziałam z rezygnacją, nawet nie patrząc w jego stronę. Siedziałam przy kuchennym stole, próbując skupić się na rachunkach. Znowu nie starczy do pierwszego.

To był zwykły wieczór w naszym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie. Zwykły, a jednak inny. Od kilku tygodni czułam, że coś się zmienia. Marcin coraz częściej wracał późno z pracy, a ja coraz częściej udawałam, że śpię, kiedy wchodził do sypialni. Nasze rozmowy ograniczały się do pytań o zakupy, rachunki i to, kto wyprowadzi psa.

Ale tego dnia coś pękło. Może to przez ten głupi jogurt, który kupiłam sobie na poprawę humoru, a który Marcin zjadł bez pytania. Może przez to, że znowu musiałam przeliczać każdy grosz i zastanawiać się, czy możemy pozwolić sobie na lepszy ser do kanapek. A może przez to, że od miesięcy nie usłyszałam od niego nic czułego.

— Następnym razem podpisz swoje rzeczy — rzucił Marcin z ironią.

— Może po prostu kupuj swoje jedzenie — odburknęłam. — Skoro i tak wszystko ci nie pasuje.

Zamilkliśmy. W powietrzu zawisło coś ciężkiego, czego żadne z nas nie chciało nazwać.

Następnego dnia wróciłam z pracy i zobaczyłam, że Marcin przykleił na drzwiach lodówki kartkę: „Moje – górna półka. Twoje – dolna.”

Poczułam ukłucie w sercu. Przez chwilę stałam w kuchni, patrząc na tę kartkę jak na wyrok. Przecież jeszcze niedawno razem gotowaliśmy kolacje, śmialiśmy się z przypalonych naleśników i dzieliliśmy się ostatnim kawałkiem ciasta. Teraz dzieliliśmy półki w lodówce.

Zaczęło się niewinnie. Ja kupowałam swoje mleko, Marcin swoje. Ja miałam swoje jogurty naturalne, on owocowe. Każdy miał własne masło, własny ser żółty. Nawet ketchup kupiliśmy osobno.

— To już przesada — powiedziała moja mama przez telefon, kiedy jej o tym opowiedziałam. — Tak nie da się żyć.

Ale ja już nie wiedziałam, jak się żyje inaczej. Każda rozmowa z Marcinem kończyła się kłótnią albo milczeniem. Nawet pies wyczuwał napięcie i coraz częściej chował się pod stołem.

Pewnego wieczoru usłyszałam, jak Marcin rozmawia przez telefon w łazience. Szeptał coś o „nie daję już rady” i „chyba to koniec”. Poczułam narastający lęk i żal. Przez chwilę chciałam wejść i zapytać: „Co się z nami stało?”, ale zabrakło mi odwagi.

Zaczęliśmy żyć obok siebie jak współlokatorzy. Wspólne obiady zamieniły się w samotne kanapki jedzone w różnych pokojach. Nawet śmieci wynosiliśmy osobno.

Któregoś dnia wróciłam do domu wcześniej niż zwykle. Zastałam Marcina siedzącego przy stole z głową w dłoniach.

— Co robimy? — zapytał cicho.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.

— Nie wiem — wyszeptałam w końcu. — Chyba już nie umiemy być razem.

Marcin pokiwał głową i spojrzał na lodówkę.

— Pamiętasz, jak kiedyś robiliśmy razem pierogi? — zapytał nagle. — Było śmiesznie…

Uśmiechnęłam się smutno.

— Teraz nawet nie potrafimy ustalić, kto ma kupić mleko — odpowiedziałam gorzko.

Przez chwilę miałam nadzieję, że może jeszcze coś da się uratować. Ale potem przyszła kolejna kłótnia o rachunki za prąd i wszystko wróciło do normy — naszej nowej normy pełnej ciszy i wzajemnych pretensji.

W końcu zdecydowaliśmy się na rozstanie. Marcin spakował swoje rzeczy i wyprowadził się do kolegi na Mokotów. Zostałam sama w mieszkaniu pełnym wspomnień i podzielonej lodówki.

Przez kilka tygodni nie mogłam patrzeć na tę kartkę na drzwiach. W końcu ją zerwałam i rozpłakałam się jak dziecko.

Dziś minęły już dwa miesiące od naszego rozstania. Nadal mam czasem odruch podpisywania produktów spożywczych, choć teraz nikt mi ich nie zabierze. Często zastanawiam się, gdzie popełniliśmy błąd. Czy to naprawdę wszystko przez pieniądze? Przez zmęczenie? Przez te wszystkie niewypowiedziane słowa?

Czasem myślę o tym jogurcie, który stał się początkiem końca. Czy można było to zatrzymać? Czy gdybyśmy wtedy usiedli razem przy stole i porozmawiali szczerze o naszych lękach i problemach, wszystko potoczyłoby się inaczej?

Może każdy związek ma swoją lodówkę — miejsce, gdzie zaczynają się podziały i milczenie. Może wystarczy odważyć się otworzyć ją razem i zobaczyć, co naprawdę jest w środku?

A Wy? Czy też mieliście kiedyś swoją „lodówkę”, która podzieliła Wasze życie na pół?