Kolacja, która rozbiła nasze małżeństwo: Dziennik Mikołaja
– Zupełnie cię odwaliło? – Hanna rzuciła serwetką na stół, a jej ruch był tak gwałtowny, że kieliszek z winem zachwiał się niebezpiecznie, rozlewając kilka kropel na biały obrus. W tej jednej chwili poczułem, jakby cały świat zatrzymał się w miejscu. Siedziałem naprzeciwko niej, z widelcem w ręku, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu.
– Zaprosić ją tutaj, do naszego domu! – jej głos drżał od gniewu i rozczarowania.
– Haneczko, uspokój się – próbowałem zachować spokój, choć czułem, jak pot spływa mi po karku. Nerwowo poprawiłem krawat, który nagle zaczął mnie dusić. – Nic złego się nie stało. To było zwykłe spotkanie służbowe.
– Służbowe? – Hanna spojrzała na mnie z pogardą. – Myślisz, że jestem idiotką? Widziałam, jak na nią patrzysz. Jakbyś zapomniał, że ja tu jestem!
Wtedy zrozumiałem, że nie chodzi tylko o dzisiejszy wieczór. To był finał czegoś, co narastało od miesięcy. Może nawet lat. Odkąd awansowałem w firmie i zacząłem pracować z Martą, Hanna coraz częściej była zazdrosna. Ale nigdy nie sądziłem, że zwykła kolacja służbowa może doprowadzić do takiego wybuchu.
Marta przyszła punktualnie o dziewiętnastej. Miała na sobie granatową sukienkę i delikatny makijaż. Przywitała się z Hanną uprzejmie, ale wyczułem w powietrzu napięcie. Przez całą kolację rozmowa była sztywna. Hanna zadawała pytania z przesadną uprzejmością, a Marta odpowiadała krótko, jakby czuła się przesłuchiwana.
W pewnym momencie Marta wspomniała o wspólnym projekcie w Zakopanem. – Mikołaj naprawdę świetnie sobie poradził – powiedziała z uśmiechem. – Bez niego nie dalibyśmy rady.
Zauważyłem, jak Hanna zaciska szczęki. – Oczywiście – odpowiedziała lodowato. – Mój mąż jest bardzo utalentowany.
Po kolacji Marta szybko się pożegnała i wyszła. Zostałem sam z Hanną i jej gniewem.
– Powiedz mi prawdę – powiedziała cicho, patrząc mi prosto w oczy. – Czy coś was łączy?
Zaniemówiłem. Przez chwilę chciałem zaprzeczyć, ale wiedziałem, że nie mogę już dłużej udawać. Może nic się jeszcze nie wydarzyło fizycznie, ale emocjonalnie byłem już gdzie indziej.
– Nie wiem… – wyszeptałem. – Chyba się pogubiłem.
Hanna wstała od stołu i bez słowa poszła do sypialni. Siedziałem jeszcze długo przy stole, patrząc na rozlane wino i resztki niedojedzonego łososia. W głowie miałem mętlik: poczucie winy mieszało się z żalem i strachem przed tym, co będzie dalej.
Następnego dnia Hanna nie odezwała się do mnie ani słowem. Unikała mnie przez cały weekend, zamykając się w pokoju gościnnym. W poniedziałek rano zostawiła mi na stole kartkę: „Nie mogę już tak żyć. Składam pozew o rozwód.”
Przez kolejne tygodnie próbowałem ją przekonać, żebyśmy spróbowali terapii, żebyśmy dali sobie jeszcze jedną szansę. Ale ona była nieugięta. Nasze rozmowy ograniczały się do spraw formalnych: podział majątku, opieka nad synem Antkiem, kto zabierze kota.
Najgorsze były wieczory, kiedy dom wydawał się pusty i zimny. Brakowało mi nawet jej milczenia. Zaczynałem rozumieć, ile straciłem przez własną głupotę i niedojrzałość.
Pewnego dnia spotkałem Martę na korytarzu w pracy. Spojrzała na mnie ze współczuciem.
– Przepraszam… Nie chciałam tego wszystkiego wywołać – powiedziała cicho.
– To nie twoja wina – odpowiedziałem szczerze. – To ja zawaliłem.
Po rozwodzie próbowałem poukładać sobie życie na nowo. Wynająłem małe mieszkanie na Pradze i starałem się być dobrym ojcem dla Antka. Ale za każdym razem, gdy odprowadzałem go do Hanny i widziałem jej zmęczone oczy, czułem ukłucie żalu.
Często wracam myślami do tamtej kolacji. Czy naprawdę musiałem zaprosić Martę do naszego domu? Czy gdybym był bardziej szczery wobec siebie i Hanny, moglibyśmy uniknąć tej katastrofy?
Czasami siedzę wieczorem przy oknie i patrzę na światła miasta. Zastanawiam się: czy jeden błąd może przekreślić całe życie? Czy można jeszcze naprawić to, co zostało zniszczone przez brak rozmowy i zwykłą ludzką słabość?