„Biblioteczka Śniadaniowa pani Zosi” – historia o tym, jak jeden gest może zmienić życie wielu dzieci

— Przepraszam, czy mogę się przysiąść? — zapytałam cicho, stawiając drżącą dłoń na krawędzi stolika. Chłopiec nawet nie podniósł wzroku. Siedział skulony, jakby próbował się schować w tej za dużej kurtce, która ledwo trzymała się na jego ramionach. Wokół biblioteki panował gwar: dzieci przepychały się przy komputerach, ktoś śmiał się zbyt głośno, a ja czułam się jak cień, który przesuwa się między regałami.

Miałam siedemdziesiąt trzy lata i od sześciu lat byłam wdową. Moje dzieci wyjechały do Anglii i Niemiec, wnuki znałam głównie z rozmów przez ekran telefonu. Emerytura starczała ledwie na rachunki i leki. Ale w te wtorki i czwartki wychodziłam z domu – bo tylko wtedy czułam, że jeszcze jestem komuś potrzebna.

Tymek. Tak go nazwała bibliotekarka. Chudy, cichy, z oczami, które widziały za dużo jak na swój wiek. Przypominał mi mojego syna, kiedy był mały i baliśmy się, czy starczy na zeszyty i buty na zimę. Teraz patrzyłam na Tymka i widziałam tę samą pustkę – nie głodu, ale braku szans.

Pewnego dnia zebrałam się na odwagę. Wyciągnęłam z torby stary tablet po mężu. Ekran był pęknięty, działał powoli, ale przecież lepszy taki niż żaden. Usiadłam przy Tymku.

— To dla ciebie — powiedziałam, kładąc urządzenie obok jego bułki. — Do nauki. Nie musisz oddawać.

Nie odpowiedział. Tylko spojrzał na mnie tymi wielkimi oczami i dotknął tabletu tak delikatnie, jakby bał się go zepsuć samym spojrzeniem.

Wróciłam do domu z sercem ciężkim od wzruszenia i niepokoju. Czy zrobiłam dobrze? Czy ktoś mnie nie oskarży o wtrącanie się? Ale następnego dnia zobaczyłam Tymka pochylonego nad tabletem – pierwszy raz widziałam u niego cień uśmiechu.

To był początek. Zadzwoniłam do znajomych z klubu brydżowego:

— Macie w domu niepotrzebny tablet? Laptop? Może wnuki już nie chcą?

Bałam się śmiechu albo obojętności. Ale Basia przyniosła mi błyszczącego iPada po wnuku. Jurek z klubu książki oddał laptopa po córce.

Zorganizowałam mały stolik przy wejściu do biblioteki. Przykleiłam kartkę: „DO ZABRANIA – DO NAUKI. ODDAJ, KIEDY MOŻESZ.”

Pierwszy tydzień był najgorszy. Ludzie patrzyli podejrzliwie, dzieci omijały stolik szerokim łukiem. Słyszałam szepty: „Naiwna”, „Kto to weźmie?”, „Pewnie zaraz ukradną”.

Aż pewnego dnia przyszła młoda mama z dwójką dzieci. Wzięła Chromebooka i spojrzała na mnie tak, że poczułam łzy pod powiekami – tyle wdzięczności i ulgi w jednym spojrzeniu.

Następnego dnia ktoś zostawił starszy tablet owinięty w ręcznik kuchenny. W środku była karteczka: „Dla następnego dziecka. Dziękujemy.”

To ruszyło lawinę. Emerytowany elektryk zaczął sprawdzać ładowarki i naprawiać drobne usterki. Nastolatek z sąsiedztwa uczył dzieci obsługi sprzętu. Biblioteka najpierw się bała – „Odpowiedzialność!” – ale pani dyrektor stanęła za mną murem i przeniosła stolik do środka.

Nazwaliśmy to „Kącik Pomocy w Nauce”. Zgłosili się ludzie z całej dzielnicy: sklep komputerowy odnawiał stare laptopy, parafia przynosiła plecaki z zeszytami i ołówkami.

Pewnego dnia przyszłam do biblioteki i zobaczyłam dwanaście urządzeń na stole – każde z karteczką: „Dla Tymka”, „Dla Sary”, „Dla każdego, kto potrzebuje”.

Dyrektor szkoły odwiedził nasz kącik:

— Pokazaliście nam, czego nie widzieliśmy — powiedział ściskając mi dłoń. — Składamy wnioski o dofinansowanie dla każdego dziecka.

Czasem siadam w rogu biblioteki i patrzę na Tymka pomagającego młodszej dziewczynce z matematyką. Widzę tę samą mamę, która kiedyś wzięła Chromebooka – teraz zostawia pudełko ze słuchawkami.

Nie jest idealnie. Czasem bywa pusto. Ale stolik nigdy nie jest pusty długo.

Dzieci mówią na to: „Biblioteczka Śniadaniowa pani Zosi”. Nie dlatego, że są tam kanapki – ale dlatego, że można stamtąd zabrać coś ważniejszego: szansę na lepszą przyszłość.

A ja? Ja tylko poprawiam sweter i uśmiecham się do każdego dziecka.

— To nie moje — mówię każdemu, kto pyta. — To ich. I wasze. I wszystkich, którzy pamiętają, że przyszłość dziecka nie powinna zależeć od tego, co ma w plecaku… albo czego mu brakuje.

Czy naprawdę tak niewiele trzeba, żeby zmienić czyjeś życie? A może wystarczy tylko chcieć zobaczyć drugiego człowieka?