Po dziesięciu dniach w szpitalu wróciłam do domu, ale na progu czekało mnie coś, co złamało mi serce – historia zdrady i walki o własny dom
– Mamo, nie możesz tu wejść. – Głos mojego syna, Michała, był zimny jak lód. Stałam na progu naszego domu w podwarszawskim Piastowie, jeszcze obolała po operacji biodra, z torbą w ręku i sercem pełnym nadziei. Przez dziesięć dni w szpitalu wyobrażałam sobie, jak wracam do miejsca, które zbudowałam z mężem, Zbyszkiem. Myślałam, że czeka na mnie wnuczka Zosia, że syn przytuli mnie na powitanie. Tymczasem patrzył na mnie jak na intruza.
– Michał, co ty mówisz? Przecież to mój dom… – Głos mi się załamał. Za jego plecami pojawiła się Sylwia, moja synowa, z Zosią na rękach. Jej spojrzenie było twarde, nieprzyjazne. – Moi rodzice już się tu wprowadzili, lepiej żebyś im nie przeszkadzała – powiedziała, a ja poczułam, jakby ktoś wbił mi nóż w serce.
Za Sylwią wyszli jej rodzice – pan Roman i pani Grażyna. Roman z kieliszkiem wina, Grażyna z ironicznym uśmiechem. – Wszystko już załatwiliśmy, twoje rzeczy są na podjeździe – rzuciła, wskazując na kartony. Spojrzałam na Michała, szukając w jego oczach choćby cienia współczucia. Nic. Tylko obojętność.
– To jest mój dom! – krzyknęłam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Nie macie prawa! – Michał wzruszył ramionami. – Podpisałaś pełnomocnictwo, wszystko jest legalne. – Rzucił mi pod nogi plik papierów. Drżącymi dłońmi podniosłam dokumenty. Moja podpis. Przypomniałam sobie, jak Sylwia w szpitalu przyniosła mi do podpisu „formularze do ZUS-u”. – Mamo, podpisz, to tylko formalność – mówiła słodko. Nie wiedziałam, że oddaję jej i Michałowi cały majątek.
Stałam na chodniku, patrząc na kartony z moimi rzeczami. W jednym z nich znalazłam połamane zdjęcie ślubne, w drugim rozbity porcelanowy kubek po mamie. Zosia wyciągnęła do mnie rączki, ale Sylwia odsunęła ją i zatrzasnęła drzwi. Zostałam sama, z bólem po operacji i jeszcze większym bólem w sercu.
Nie miałam dokąd pójść. Zamówiłam taksówkę i pojechałam do taniego hotelu na Pradze. W pokoju o zapachu chloru otworzyłam karton z rzeczami. Znalazłam list od Zbyszka, który napisał mi na dziesiątą rocznicę ślubu: „Pamiętaj, Marysiu, ten dom to nasze życie, nasza twierdza. Nigdy nie pozwól nikomu go odebrać.” Łzy spływały mi po policzkach.
Zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, Haliny. – Halinko, przyjedź, proszę, i przynieś tę teczkę, którą ci kiedyś dałam na wszelki wypadek – poprosiłam drżącym głosem. Godzinę później Halina była już u mnie. Przejrzała dokumenty, sprawdziła moje konta. – Marysia, oni wyczyścili ci wszystkie oszczędności. Przelali wszystko na konto firmy, która należy do Romana, ojca Sylwii. To nie przypadek. – Poczułam, jak świat wali mi się na głowę.
Halina była wściekła. – Nie możemy tego tak zostawić. Znam prawnika, który zajmuje się takimi sprawami. Ale musimy mieć dowody, że to była świadoma manipulacja. – Przez całą noc nie zmrużyłam oka. Przypomniałam sobie, jak sąsiadka, pani Basia, mówiła, że Roman skupuje mieszkania w naszej okolicy, a pan Janek z piekarni narzekał, że ktoś go szantażuje, by sprzedał lokal za bezcen. To nie był przypadek – to była zorganizowana akcja.
Następnego dnia Halina zabrała mnie do kancelarii notarialnej. Prawnik, pan Tomasz, przejrzał dokumenty. – To pełnomocnictwo jest bardzo szerokie, ale jeśli udowodnimy, że była pani w szpitalu pod wpływem leków i nie wiedziała, co podpisuje, mamy szansę. – Zadrżałam na myśl, że Sylwia mogła mnie otumanić specjalnie.
Halina wyjęła z torebki małą bransoletkę z mikrofonem. – Marysia, musisz wrócić do domu i nagrać ich rozmowy. Udawaj, że chcesz się dogadać. Jeśli będą mówić o przekrętach, będziemy mieć dowód. – Bałam się, ale wiedziałam, że nie mam wyboru.
Wieczorem podeszłam pod dom. Przez okno kuchenne widziałam Romana i Grażynę przy stole z dokumentami. – Jak tylko Marysia podpisze jeszcze ten papier, bank da nam kredyt na pół miliona – mówił Roman. – A jak się będzie stawiać, to ją postraszymy sądem. – Nacisnęłam przycisk na bransoletce. Wtedy zadzwoniła Sylwia. – Tato, Michał się waha. Boję się, że się wycofa. – Roman prychnął. – Niech się nie wygłupia, już wszystko załatwione.
Nagle potknęłam się o doniczkę. – Kto tam jest?! – wrzasnął Roman i wybiegł na podwórko. Złapał mnie za ramię, ściskając tak mocno, że aż krzyknęłam z bólu. – Ty stara wiedźmo, jeszcze tu wracasz?! – syknął. – Puść mnie! – wykrzyczałam, próbując się wyrwać. Grażyna patrzyła na mnie z pogardą. – Sama jesteś sobie winna, trzeba było nie ufać rodzinie – rzuciła.
Nagle rozległy się syreny. Na podwórko wbiegli policjanci i Halina z prawnikiem. – Proszę się odsunąć od pani Marii! – krzyknął jeden z funkcjonariuszy. Roman puścił mnie i próbował uciec, ale został powalony na ziemię. Sylwia wybiegła z domu, krzycząc, że to nieporozumienie. Michał stał na schodach, blady, zszokowany. Nie patrzył mi w oczy.
Policja zabezpieczyła dokumenty i nagrania. Okazało się, że Roman i Grażyna oszukali nie tylko mnie, ale też kilku sąsiadów. Sylwia była mózgiem całej operacji. Michał, choć początkowo współpracował, w końcu zaczął zeznawać przeciwko żonie i teściom. W sądzie wyszło na jaw, że Sylwia przekupiła pielęgniarkę w szpitalu, by podawała mi silniejsze leki. Chcieli mnie wykończyć, żebym nie mogła się bronić.
Wyrok był surowy. Sylwia dostała 15 lat za oszustwo i próbę pozbawienia życia, Roman 12 lat, Grażyna 10, a pielęgniarka 5. Michał dostał wyrok w zawieszeniu za współpracę z prokuraturą. Kiedy usłyszałam wyrok, poczułam ulgę, ale i pustkę. Mój syn, moje dziecko, zdradził mnie dla pieniędzy. Po wszystkim wróciłam do domu, ale już nie był taki sam. Ściany pamiętały nie tylko śmiech Zbyszka i dzieci, ale też krzyki, łzy i zdradę.
Sąsiedzi przynosili mi ciasto, dziękowali, że pomogłam rozbić szajkę oszustów. Z Haliną założyłyśmy fundację imienia Zbyszka, pomagającą seniorom w sprawach prawnych. Uczyłam innych, by nie podpisywali niczego bez czytania, nawet jeśli prosi o to własne dziecko. Zosia czasem przychodziła z Michałem, ale już nigdy nie było jak dawniej. Zaufanie raz złamane nie wraca.
Wieczorami siadałam w ogrodzie, patrząc na kwitnące jaśminy. – Zbyszku, przetrwałam – szeptałam do zdjęcia męża. – Ale czy naprawdę można wybaczyć własnemu dziecku taką zdradę? Czy dom to tylko mury, czy też ludzie, którzy w nim mieszkają? Co wy byście zrobili na moim miejscu?