„Kto naprawdę jest właścicielem tego bogactwa?” – Moja zemsta na mężu, który urządził ucztę za moje pieniądze
— Oddaj mi kartę, Aniu. Muszę zapłacić za coś ważnego w firmie — głos Marka był spokojny, niemal czuły, ale ja już czułam, jak coś we mnie pęka.
Przez dwadzieścia lat nauczyłam się nie zadawać zbędnych pytań. Byłam tą żoną, która ufa. Albo przynajmniej udaje, że ufa. Wyciągnęłam kartę z portfela i podałam mu ją bez słowa. Ucałował mnie w czubek głowy, jakby nagradzał posłuszne dziecko.
— Dzięki, kochanie. Zawsze możesz mnie uratować — mrugnął do mnie, a ja poczułam się jak szara myszka, którą zawsze nazywała mnie jego matka.
Wieczorem prasowałam mu koszulę na jutro. Drzwi do gabinetu były lekko uchylone. Usłyszałam jego głos — inny niż dla mnie: pewny siebie, zadowolony.
— Mamo, wszystko załatwione. Restauracja zamówiona, stolik na sześć osób… Nie, Ania nic nie wie. Powiedziałem jej, że świętujemy w domu. Moja szara myszka nie domyśla się niczego. Tak, płacę jej kartą… Niech siedzi w domu i ogląda seriale.
Żelazko zatrzymało się w mojej dłoni. Wyłączyłam je i poszłam do kuchni napić się wody. Ręce mi nie drżały. W środku czułam tylko pustkę i zimno.
Może on ma rację? Może naprawdę jestem tą szarą myszką? Ale przecież nawet myszy, gdy je przyprzeć do muru, potrafią ugryźć.
W sobotę rano zablokowałam swoją kartę. Potem pojechałam na Pragę, do starego mieszkania mojej mamy. Otworzył mi drzwi Paweł — przyjaciel z dzieciństwa, który kiedyś pomógł mi wyjść z największego dołka.
— Anka? Dawno cię nie widziałem! Wchodź!
Usiedliśmy w kuchni. Opowiedziałam mu wszystko. Słuchał bez przerywania.
— Ty kiedyś uratowałaś moją rodzinę przed eksmisją. Teraz moja kolej. Ich impreza jest w poniedziałek wieczorem? Dam ci znać, gdy zamówią wszystko i będą gotowi płacić. Pogadam z kelnerem.
W poniedziałek wieczorem założyłam niebieską sukienkę — tę, której nigdy nie miałam odwagi założyć. Spojrzałam w lustro: nie szara myszka. Kobieta.
O 22:30 zadzwonił telefon:
— Przyjdź. Przynieśli rachunek.
Taksówka zatrzymała się pod restauracją „Pod Dębem”. Paweł wskazał mi stolik: trzeci od okna.
Szłam powoli. Zobaczyłam ich: Marka, jego matkę Stefanię w bordowym kostiumie, siostrę Magdę z mężem i ich syna.
Na stole puste talerze, kieliszki po winie, resztki deseru. Kelner przyniósł rachunek. Marek wyciągnął moją kartę z triumfem na twarzy.
— Mamo, obiecałem ci prawdziwy prezent. Tylko to, co najlepsze dla ciebie — powiedział z dumą.
Stefania pokiwała głową:
— To jest klasa! Nie to co niektóre osoby…
Zaśmiali się wszyscy oprócz kelnera.
Kelner przeciągnął kartę raz. Drugi raz.
— Przepraszam bardzo, płatność nie przeszła. Karta jest zablokowana — powiedział spokojnie.
Cisza spadła na stół jak młot. Stefania zamrugała ze zdziwienia. Magda przestała chichotać.
Marek pobladł:
— Proszę spróbować jeszcze raz — syknął do kelnera.
Ten skinął głową i odszedł. Karta została przeciągnięta jeszcze dwa razy. Nic.
Wtedy podeszłam do stołu.
— Proszę spróbować tą — powiedziałam spokojnie i położyłam nową kartę na tacy.
Wszyscy spojrzeli na mnie jak na ducha.
Twarz Marka zrobiła się biała jak obrus. Jego matka otworzyła usta ze zgorszenia.
Podeszłam do stołu z godnością królowej i usiadłam na miejscu na czele stołu — tam, gdzie zawsze powinnam była siedzieć.
Kelner wrócił z rachunkiem do podpisu. Wzięłam długopis i podpisałam się z elegancją, której nigdy we mnie nie widzieli.
Spojrzałam Markowi prosto w oczy:
— Zablokowałam tamtą kartę w sobotę. Dlatego przyniosłam nową. Nie chciałam psuć wam zabawy… za wcześnie.
Stefania odchrząknęła:
— Jak śmiesz tu przychodzić i nas kompromitować?
Odwróciłam się do niej:
— Kompromitacja? Prawdziwym wstydem jest wychować syna, który chwali się upokarzaniem własnej żony. Gratuluję wychowania, pani Stefaniu.
Zarumieniła się i ścisnęła torebkę tak mocno, jakby miała ją ochronić przed prawdą.
Wstałam i uniosłam kieliszek:
— Dwadzieścia lat razem. Dwadzieścia lat bycia dla was szarą myszką… Ale wiecie co? Myszy gryzą. A ja jestem głodna od dawna.
Wypiłam łyk wina. Słodkie zwycięstwo.
Odłożyłam kieliszek i sięgnęłam po torebkę:
— Marku… jutro zajrzyj do prawnika. Dostaniesz papiery rozwodowe. A przy okazji poszukaj sobie mieszkania — dom jest na mnie zapisany.
Marek otworzył szeroko oczy:
— Nie możesz…
— Mogę. Już to zrobiłam.
Uśmiechnęłam się — uśmiechem bez cienia miłości:
— Miłego dalszego świętowania. Teraz naprawdę… płacisz ty.
Trzy miesiące później słońce grzało balkon mojego nowego mieszkania na warszawskim Powiślu. Nowa praca. Nowe możliwości. Nowa ja.
Na stoliku leżał list — jeszcze zamknięty. Od Marka.
Napisał, że żałuje wszystkiego. Że jest mu źle. Że beze mnie jest nikim.
W końcu coś szczerego z jego strony.
Podarłam list na drobne kawałki i pozwoliłam im polecieć z wiatrem przez balkon.
Nie czułam nienawiści. Tylko wolność.
I po raz pierwszy od dwudziestu lat uśmiechnęłam się sama do siebie.
Czy naprawdę trzeba być szarą myszką przez całe życie? A może każda z nas zasługuje na własny kawałek tortu — a nie tylko okruchy? Co wy byście zrobiły na moim miejscu?