Głos, który zmienił wszystko: Historia jednej decyzji

Zadzwonił telefon. Numer nieznany. Normalnie nie odebrałabym – mam w zwyczaju ignorować obce połączenia, bo zazwyczaj to reklamy albo jakieś ankiety. Ale tamtego dnia coś mnie tknęło. Odebrałam.

– Proszę usiąść – powiedział głos w słuchawce. Nie był ani znajomy, ani obcy. Był spokojny, zdecydowany, tak, jakby wiedział, że za chwilę powie coś, co zmieni mój świat.

Serce zaczęło mi walić. Usiadłam na krześle w kuchni, ściskając telefon tak mocno, że aż zbielały mi knykcie.

– Kim pan jest? – zapytałam cicho.

– To nie ma teraz znaczenia. Proszę posłuchać. Pani ojciec miał wypadek. Jest w szpitalu. Proszę przyjechać do Warszawy jak najszybciej.

Poczułam, jakby ktoś wylał mi na głowę kubeł lodowatej wody. Ojciec. Nie rozmawiałam z nim od trzech lat. Ostatni raz widzieliśmy się na pogrzebie mamy. Wtedy padły słowa, których nie da się cofnąć.

– Co się stało? – wyszeptałam.

– Proszę przyjechać – powtórzył głos i rozłączył się.

Siedziałam jeszcze chwilę w ciszy, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło. W kuchni pachniało kawą i świeżym chlebem. Za oknem padał deszcz, a ja czułam się jak dziecko, które zgubiło się w tłumie.

– Mamo? – usłyszałam głos córki, Julki, z drugiego pokoju. – Wszystko w porządku?

Nie odpowiedziałam od razu. Jak miałam jej powiedzieć, że musimy jechać do Warszawy? Że jej dziadek, którego znała tylko z kilku zdjęć i opowieści, leży w szpitalu?

– Musimy wyjechać – powiedziałam w końcu. – Dziadek miał wypadek.

Julka spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami. Miała dopiero dwanaście lat, a już tyle razy musiała być silna.

– Ale przecież… przecież ty nie rozmawiasz z dziadkiem – szepnęła.

– Wiem – odpowiedziałam i poczułam łzy pod powiekami. – Ale czasem trzeba zrobić coś, czego się nie chce.

Spakowałyśmy się w milczeniu. Droga do Warszawy dłużyła się niemiłosiernie. Julka patrzyła przez okno, a ja próbowałam sobie przypomnieć ostatnią rozmowę z ojcem.

„To przez ciebie mama umarła!” – krzyczał wtedy, a ja wybiegłam z domu, trzaskając drzwiami tak mocno, że aż pękła szyba.

Szpital pachniał środkami dezynfekującymi i strachem. Pielęgniarka zaprowadziła nas pod salę intensywnej terapii.

– Tylko jedna osoba może wejść – powiedziała cicho.

Weszłam sama. Ojciec leżał podłączony do aparatury. Był taki mały, taki bezbronny. Przez chwilę patrzyłam na niego i nie mogłam uwierzyć, że to ten sam człowiek, który kiedyś nosił mnie na barana i śmiał się tak głośno, że słychać go było na całym osiedlu.

Nagle drzwi otworzyły się i weszła kobieta. Miała może czterdzieści lat, ciemne włosy spięte w kok i oczy pełne łez.

– Przepraszam… pani jest córką pana Jerzego? – zapytała niepewnie.

Skinęłam głową.

– Jestem Anna… Anna Nowak – przedstawiła się drżącym głosem. – Ja… ja jestem jego żoną.

Zamarłam. Żoną? Przecież mama umarła trzy lata temu!

– Jak to żoną? – wyszeptałam.

Anna spuściła wzrok.

– Pobraliśmy się rok temu… Poznałam pana Jerzego jeszcze za życia pani mamy… Przepraszam…

Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Zdrada. Kłamstwo. Całe dzieciństwo rozsypało mi się w jednej chwili.

Wybiegłam z sali, nie patrząc na Annę ani na ojca. W korytarzu czekała Julka.

– Mamo? Co się stało?

Nie mogłam mówić. Łzy płynęły mi po policzkach, a w głowie dudniło tylko jedno słowo: „Dlaczego?”

Przez kolejne dni mieszkałyśmy u ciotki Haliny na Ursynowie. Unikałam szpitala jak ognia. Anna dzwoniła codziennie, błagając, żebym przyszła porozmawiać z ojcem zanim będzie za późno.

W końcu poszłam. Ojciec był przytomny. Spojrzał na mnie oczami pełnymi bólu i żalu.

– Marto… przepraszam – wyszeptał.

Usiadłam obok niego i przez chwilę milczeliśmy oboje.

– Dlaczego? – zapytałam w końcu drżącym głosem.

Westchnął ciężko.

– Po śmierci twojej mamy byłem samotny… Anna była przy mnie… Ale to nie znaczy, że przestałem cię kochać…

Poczułam gniew i smutek jednocześnie.

– A mama? Wiedziała?

Ojciec spuścił wzrok.

– Wiedziała… Próbowałem to zakończyć… Ale było już za późno…

Wyszłam z sali bez słowa. Przez kolejne dni nie mogłam spać ani jeść. Julka patrzyła na mnie z troską i strachem.

– Mamo… czy ty kiedyś mi wybaczysz? – zapytała pewnego wieczoru cicho.

Objęłam ją mocno.

– To nie ty zawiniłaś, kochanie…

Ale czy ja potrafię wybaczyć ojcu?

Kilka dni później zadzwonił telefon. Tym razem numer był znany – Anna.

– Marta… Jerzy bardzo cię potrzebuje… Prosił, żebyś przyszła…

Poszłam. Ojciec był słaby, ale uśmiechnął się na mój widok.

– Cieszę się, że przyszłaś… Chciałem ci powiedzieć coś ważnego…

Usiadłam obok niego i złapałam go za rękę.

– Przepraszam cię za wszystko… Za to, że cię zraniłem… Za to, że nie umiałem być lepszym ojcem…

Łzy płynęły mi po policzkach.

– Tato… ja też przepraszam… Za te wszystkie lata ciszy…

Przytulił mnie słabo do siebie.

Ojciec zmarł tej nocy. Trzymałam go za rękę do samego końca.

Pogrzeb był skromny. Anna stała z boku, trzymając w dłoniach białą różę. Po wszystkim podeszła do mnie niepewnie.

– Marta… wiem, że nigdy mi nie wybaczysz… Ale chciałam ci powiedzieć, że twój ojciec bardzo cię kochał…

Spojrzałam na nią długo i uważnie. W jej oczach zobaczyłam ten sam ból, który czułam ja sama.

Od tamtej pory minął rok. Często wracam myślami do tamtego telefonu i do wszystkiego, co wydarzyło się potem. Czy można wybaczyć zdradę? Czy można zacząć od nowa?

Czasem patrzę na Julię i zastanawiam się: czy ja też kiedyś ją zawiodę? Czy potrafię być lepszą matką niż mój ojciec był ojcem dla mnie?

A wy? Czy potrafilibyście wybaczyć taką przeszłość? Czy są rzeczy niewybaczalne?