Matka, która nigdy nie była moją: Tajemnice domu na ulicy Klonowej

– Nie będziesz mi tu rządzić, Aniu! – głos pani Marii odbił się echem po kuchni, a ja poczułam, jak zaciska mi się gardło. Stałam przy zlewie, z mokrymi rękami, a w oczach zbierały mi się łzy. Od ośmiu lat mieszkałam w tym domu na Klonowej, od ośmiu lat codziennie słyszałam, że jestem tylko gościem, że powinnam być wdzięczna za dach nad głową. Ale dziś… dziś coś we mnie pękło.

– To nie tak, pani Mario – próbowałam zachować spokój. – Chciałam tylko powiedzieć, że może warto byłoby… – urwałam, bo wiedziałam, że i tak nie pozwoli mi dokończyć.

– Warto byłoby co? Posprzątać lepiej? Gotować inaczej? Ty zawsze wszystko wiesz najlepiej! – jej twarz była czerwona ze złości. – Gdyby nie mój syn, już dawno by cię tu nie było!

Wyszłam z kuchni, zanim łzy spłynęły mi po policzkach. W salonie siedział mój mąż, Tomek, zapatrzony w telewizor. Wiedziałam, że słyszał wszystko. Wiedziałam też, że nie stanie po mojej stronie. Nigdy nie stawał.

Wieczorem leżałam w łóżku i patrzyłam w sufit. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio czułam się tu jak w domu. Może nigdy? Może od początku byłam tylko dodatkiem do życia Tomka i pani Marii? Zasnęłam z ciężkim sercem.

Następnego dnia, kiedy pani Maria wyszła do kościoła, postanowiłam posprzątać jej pokój. Nie z sympatii – raczej z desperacji. Może jeśli zobaczy, że się staram, odpuści choć na chwilę? Przesuwając szafkę nocną, natknęłam się na stary segregator. Był zakurzony i ciężki. Otworzyłam go bez większego namysłu.

Pierwsze strony to były stare rachunki i listy. Ale potem zobaczyłam akt własności domu. Zamarłam. Nazwisko właściciela: Stanisław Nowak – ojciec Tomka. Data: 1984 rok. Przewróciłam kolejne strony. Testament. Stanisław Nowak przekazuje dom swojemu synowi, Tomaszowi Nowakowi. Ani słowa o pani Marii.

Serce waliło mi jak oszalałe. Przez osiem lat słyszałam, że dom jest jej – a tu czarno na białym: dom należy do Tomka! Poczułam mieszaninę ulgi i gniewu. Dlaczego Tomek nigdy mi o tym nie powiedział? Dlaczego pozwalał matce traktować mnie jak intruza?

Wieczorem czekałam na Tomka w kuchni. Kiedy wrócił z pracy, podsunęłam mu dokumenty.

– Wiesz o tym? – zapytałam cicho.

Spojrzał na papiery i pobladł.

– Skąd to masz?

– Znalazłam u twojej mamy w pokoju. Dlaczego nigdy mi nie powiedziałeś?

Tomek spuścił głowę.

– Mama… zawsze mówiła, że to jej dom. Po śmierci ojca… po prostu tak wyszło.

– Tak wyszło?! – głos mi się załamał. – Pozwoliłeś jej mnie upokarzać przez tyle lat!

W tej chwili do kuchni weszła pani Maria.

– Co tu się dzieje?

– Pani Mario – powiedziałam spokojnie, choć cała się trzęsłam – dom należy do Tomka. Mam na to dokumenty.

Zbladła. Przez chwilę myślałam, że zemdleje.

– To… to nieprawda! To mój dom! Ja tu wszystko urządzałam! Ja dbałam!

– Ale to nie zmienia faktu, że dom jest Tomka – powiedział cicho Tomek.

Pani Maria usiadła ciężko na krześle i zaczęła płakać. Nigdy wcześniej jej takiej nie widziałam – kruchej, bezbronnej.

Przez kolejne dni atmosfera w domu była gęsta jak mgła nad Wisłą jesienią. Pani Maria przestała się do mnie odzywać. Tomek chodził przybity i unikał rozmów. Ja czułam się jak zdrajczyni – choć przecież to ja byłam ofiarą przez tyle lat.

Któregoś wieczoru usłyszałam rozmowę Tomka z matką przez drzwi:

– Mamo, musisz przestać traktować Anię jak intruza. To nasz dom.

– Ona zabrała mi wszystko… – wyszeptała pani Maria.

– Mamo, to nieprawda.

Poczułam ukłucie żalu. Czy naprawdę zabrałam jej wszystko? Czy może ona nigdy nie potrafiła pogodzić się z tym, że jej syn dorósł?

Minęły tygodnie. Pani Maria zaczęła coraz częściej zamykać się w swoim pokoju. Ja próbowałam rozmawiać z Tomkiem o przyszłości – o tym, czy chcemy tu zostać, czy może lepiej zacząć od nowa gdzie indziej. On milczał.

Pewnego dnia znalazłam list od pani Marii na stole w kuchni:

„Aniu,
Nie wiem, czy kiedykolwiek będziesz mogła mi wybaczyć. Bałam się zostać sama. Bałam się stracić syna i dom, który był całym moim życiem. Może gdybym umiała inaczej kochać… Może wtedy byłoby nam wszystkim lżej.
Maria”

Czytałam ten list wiele razy. Płakałam nad nim i nad sobą – nad nami wszystkimi.

Dziś wiem jedno: prawda zawsze wychodzi na jaw, ale rzadko przynosi ulgę od razu. Czasem trzeba przejść przez burzę samotności i żalu, żeby odnaleźć siebie na nowo.

Czy można wybaczyć komuś lata upokorzeń? Czy można jeszcze zbudować rodzinę na gruzach dawnych kłamstw?