„To moje życie, nie wasze!” – Rodzinny obiad, który wszystko zmienił

– Ile jeszcze dzieci zamierzasz mieć, Marta? – głos mamy przeszył ciszę jak nóż. Siedzieliśmy wszyscy przy stole, w niedzielę, jak co miesiąc. Rosół, schabowy, ziemniaki. Zapachy dzieciństwa, które dziś wydawały się duszące.

Marta spojrzała na mamę z takim gniewem, jakiego nigdy wcześniej u niej nie widziałam. Jej dłonie zacisnęły się na serwetce, a oczy błyszczały łzami. – Tyle, ile będę chciała! To moje życie, nie wasze! – wykrzyczała, a jej głos odbił się echem od ścian mieszkania na warszawskiej Pradze.

Wszyscy zamarliśmy. Tata odłożył widelec, a mój brat Paweł nerwowo poprawił okulary. Ja siedziałam jak sparaliżowana, z łyżką zupy zawieszoną w powietrzu. W głowie miałam mętlik: przecież to nie pierwszy raz, kiedy temat dzieci Marty pojawił się przy stole. Ale nigdy nie wybuchło to z taką siłą.

Marta ma już czwórkę dzieci. Najstarszy, Kuba, ma dziewięć lat, najmłodsza Ola – ledwie pół roku. Od kiedy pamiętam, mama powtarzała, że „czasy się zmieniły” i „nie stać nas na takie fanaberie”. Ojciec, choć zwykle milczący, tym razem nie wytrzymał:

– Marta, my tylko się martwimy. Przecież z jednej pensji Krzyśka nie wyżywicie tej gromady. Dzieci to nie zabawki.

Marta wstała gwałtownie, przewracając krzesło. – Dzieci to nie zabawki? Moje dzieci to nie są wasze sprawy! – krzyknęła, a jej głos załamał się na końcu. – Zawsze tylko krytyka, nigdy wsparcie. Może lepiej, żebym w ogóle przestała tu przychodzić!

Mama zaczęła płakać. Paweł próbował ją uspokoić, ale ona tylko powtarzała: – To nie tak miało być, to nie tak miało być…

Wyszłam za Martą na klatkę schodową. Stała przy oknie, oddychając ciężko. – Przepraszam, że tak wyszło – powiedziałam cicho. – Wiem, że ci ciężko, ale oni…

– Oni nigdy mnie nie rozumieli – przerwała mi. – Od zawsze byłam tą „dziwną”. Najpierw, bo chciałam studiować pedagogikę, potem, bo wyszłam za Krzyśka, a teraz… Bo chcę mieć dużą rodzinę. Czy to naprawdę takie złe?

Patrzyłam na nią i widziałam w niej siebie sprzed lat. Ja też kiedyś marzyłam o czymś innym niż oczekiwania rodziców. Ale poddałam się. Skończyłam prawo, pracuję w kancelarii na Świętokrzyskiej, jestem „tą rozsądną”.

– Może powinniśmy po prostu… odpuścić? – zapytałam. – Przestać się nawzajem oceniać?

Marta uśmiechnęła się smutno. – Łatwo ci mówić. Ty zawsze byłaś tą, z której byli dumni. Ja jestem tylko problemem do rozwiązania.

Wróciłam do mieszkania. Mama siedziała przy stole, ściskając chusteczkę. – Dlaczego ona mnie tak nienawidzi? – szlochała. – Przecież chcę dla niej dobrze.

Tata milczał. Paweł patrzył w okno. Atmosfera była gęsta jak śmietana w barszczu.

Przez kolejne tygodnie nie rozmawialiśmy ze sobą. Marta przestała przychodzić na obiady. Mama dzwoniła do mnie codziennie, pytając, czy coś wiem, czy Marta się odezwała. Ja próbowałam mediować, ale każda rozmowa kończyła się kłótnią.

W pracy nie mogłam się skupić. Klienci mówili, a ja myślami byłam przy Marcie i jej dzieciach. Czy rzeczywiście robi źle? Czy to my jesteśmy zbyt surowi? W końcu, czy nie powinniśmy po prostu wspierać się nawzajem, zamiast oceniać?

Pewnego dnia spotkałam Martę na bazarku pod Halą Mirowską. Była z całą czwórką dzieci, zmęczona, ale uśmiechnięta. – Cześć – powiedziała cicho. – Przepraszam za tamten obiad.

– Nie przepraszaj – odpowiedziałam. – Może to my powinniśmy przeprosić.

Usiadłyśmy na ławce przy placu zabaw; dzieci bawiły się obok na karuzeli i piaskownicy. – Wiesz, czasem czuję się jakby cały świat był przeciwko mnie – wyznała Marta. – Ale potem patrzę na Kubę, na Olę… I wiem, że to wszystko ma sens.

– Może powinnaś powiedzieć to mamie? – zaproponowałam.

Marta pokręciła głową. – Ona mnie nie zrozumie. Dla niej liczy się tylko to, co powiedzą sąsiedzi z klatki i co pomyślą znajomi z kościoła na Grochowie. A ja… ja chcę po prostu być szczęśliwa.

Wieczorem zadzwoniłam do mamy. – Mamo, musimy porozmawiać – zaczęłam. – Marta nie robi nic złego. Chce mieć dużą rodzinę, bo tego pragnie. Może zamiast ją krytykować, spróbuj ją wesprzeć?

Mama milczała długo. – Może masz rację – powiedziała w końcu cicho. – Ale boję się o nią. O dzieci. O to, czy sobie poradzi.

– Poradzi sobie, jeśli będzie wiedziała, że ma nasze wsparcie – odpowiedziałam.

Minęły miesiące zanim Marta znów pojawiła się na rodzinnym obiedzie. Tym razem mama podała jej ulubione pierogi ruskie i zapytała cicho: – Może potrzebujesz pomocy przy dzieciach?

Atmosfera była inna – nie idealna, ale lepsza.

Czasem myślę o tamtym dniu, kiedy wszystko się rozpadło i znów zaczęło sklejać od nowa. Czy musiało do tego dojść? Czy naprawdę tak trudno jest zaakceptować wybory innych ludzi, nawet jeśli są inne niż nasze?

Może każda rodzina musi przejść przez swój kryzys, żeby nauczyć się być razem na nowo? A może niektórych ran nigdy nie da się do końca zagoić? Co wy o tym myślicie?