Tydzień później sama poszłam do prawnika: Gorzka prawda o moich dzieciach i testamencie
— Mamo, musisz odpoczywać. Ja zajmę się wszystkim — powiedziała Agnieszka, poprawiając mi poduszkę, ale jej wzrok był gdzieś obok mnie, wbity w ekran telefonu. Słyszałam, jak cicho szepcze do brata: — Trzeba będzie się dowiedzieć, co z tym mieszkaniem na Żoliborzu.
Leżałam w szpitalnym łóżku, a upalne powietrze lipca tłumiło każdy oddech. Serce biło mi nierówno, jakby chciało wyrwać się z klatki piersiowej. Wokół pachniało środkami dezynfekującymi i strachem. Przez całe życie starałam się być dobrą matką — dla Agnieszki i Pawła byłam opoką, zawsze gotową pomóc. Teraz, gdy moje ciało odmówiło posłuszeństwa, oczekiwałam choć odrobiny czułości. Zamiast tego czułam się jak przedmiot, który trzeba zabezpieczyć przed utratą wartości.
— Mamo, Paweł pytał, czy masz już notariusza — dodała Agnieszka po chwili ciszy. — Wiesz, żeby wszystko było jasne…
Zamknęłam oczy. Słowa córki bolały bardziej niż igły wbite w moje żyły. Przypomniałam sobie dzieciństwo moich dzieci: wspólne spacery po Łazienkach, śmiech przy stole, ich pierwsze kroki i łzy po rozbitych kolanach. Gdzie to wszystko się podziało?
Paweł pojawił się wieczorem. Przyniósł mi kwiaty i czekoladki, których nie mogłam jeść przez cukrzycę. — Mamo, musisz być silna. Ale wiesz… może powinnaś już pomyśleć o przekazaniu mieszkania? Tak na wszelki wypadek.
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. — Paweł, czy ty naprawdę myślisz tylko o tym?
— Nie, mamo! — zaprzeczył szybko, ale jego głos był nerwowy. — Po prostu chcemy ci pomóc…
Pomóc? Czy to jest pomoc? Czy to jest miłość? W nocy nie mogłam spać. Słyszałam szum respiratora i cichy płacz starszej pani z sąsiedniego łóżka. Wtedy dotarło do mnie coś strasznego: moje dzieci nie przyszły tu dla mnie. Przyszły dla siebie.
Przez kolejne dni ich wizyty były coraz bardziej nachalne. Agnieszka przynosiła mi dokumenty do podpisania, tłumacząc się troską o przyszłość rodziny. Paweł dzwonił do mnie kilka razy dziennie, pytając o stan konta i klucze do mieszkania.
— Mamo, nie możesz być taka nieufna — mówiła Agnieszka z wyrzutem. — Przecież jesteśmy rodziną.
Rodziną? Czy rodzina tak wygląda? Czy rodzina to tylko wspólnota interesów?
W końcu wyszłam ze szpitala. Byłam słaba, ale wiedziałam jedno: muszę coś zmienić. Tydzień później sama poszłam do prawnika. Siedziałam w poczekalni z drżącymi dłońmi i łzami w oczach.
— Pani Zofia? — zapytał mecenas Nowak, otwierając drzwi do swojego gabinetu.
— Tak… To ja — odpowiedziałam cicho.
Usiadłam naprzeciwko niego i zaczęłam mówić. O tym, jak bardzo kochałam swoje dzieci i jak bardzo mnie zawiodły. O tym, jak ich troska okazała się pustym gestem, za którym kryła się tylko chciwość.
— Chciałabym zmienić testament — powiedziałam stanowczo. — Chcę przekazać część majątku na dom dziecka i hospicjum.
Mecenas spojrzał na mnie z uznaniem. — To trudna decyzja.
— Najtrudniejsza w moim życiu — przyznałam.
Wróciłam do pustego mieszkania na Żoliborzu. Każdy kąt przypominał mi o dawnych czasach: zdjęcia dzieci na ścianie, ich rysunki z przedszkola schowane w szufladzie. Przez kilka dni nie odbierałam telefonów od Agnieszki i Pawła. Bałam się ich reakcji.
W końcu przyszli razem. Weszli bez pukania, jakby to już było ich miejsce.
— Mamo, co się dzieje? Dlaczego nie odbierasz? — zapytała Agnieszka z niepokojem.
— Byliśmy u notariusza… — dodał Paweł podejrzliwie.
Spojrzałam im prosto w oczy.
— Zmieniłam testament — powiedziałam spokojnie. — Część majątku przekażę potrzebującym.
Zapanowała cisza tak gęsta, że można ją było kroić nożem.
— Jak możesz nam to robić? — krzyknęła Agnieszka ze łzami w oczach. — Po tym wszystkim?
— Po czym? Po waszych wizytach w szpitalu? Po pytaniach o mieszkanie i konto?
Paweł spuścił głowę. — Mamo… My tylko chcieliśmy ci pomóc…
— Pomóc sobie — poprawiłam go gorzko.
Wyszli trzaskając drzwiami. Zostałam sama z ciszą i poczuciem straty większej niż kiedykolwiek wcześniej.
Przez kolejne tygodnie próbowałam poukładać swoje życie na nowo. Spotykałam się z sąsiadką panią Heleną na kawie, zaczęłam chodzić na spacery po parku i czytać książki, na które wcześniej nie miałam czasu. Czasem płakałam nocami, tęskniąc za dawną bliskością z dziećmi. Ale wiedziałam jedno: nie mogę pozwolić, by ktoś traktował mnie jak bankomat czy inwestycję.
Dziś patrzę na świat inaczej. Wiem już, że miłość nie zawsze jest bezwarunkowa — nawet ta rodzicielska może zostać wystawiona na próbę przez pieniądze i egoizm.
Czy zrobiłam dobrze? Czy mogę jeszcze odzyskać swoje dzieci? A może prawdziwa rodzina to ta, którą wybieramy sami?