Wszystko dla niej: poświęcenie córki

— Znowu nie śpisz, Haniu? — głos matki rozbrzmiał cicho z drugiego pokoju. Była trzecia nad ranem, a ja po raz kolejny siedziałam przy kuchennym stole, wpatrując się w parującą herbatę. Odpowiedziałam tylko krótkim „zaraz przyjdę”, choć wiedziałam, że i tak nie zmrużę oka tej nocy. Od miesięcy moje życie toczyło się według rytmu jej choroby: leki co cztery godziny, zmiana opatrunków, rozmowy z lekarzami, niekończące się wizyty pielęgniarek. Każdy dzień był taki sam, a jednak każdy przynosił nowy rodzaj bólu.

Mój brat, Michał, pojawiał się rzadko. Zawsze miał ważniejsze sprawy — praca w Warszawie, wyjazdy służbowe, nowa dziewczyna. Mama jednak zawsze mówiła o nim z czułością: „Twój brat jest taki zajęty, ale na pewno cię kocha”. Czasem miałam wrażenie, że jestem przezroczysta, jakby moje poświęcenie było czymś oczywistym, niewartym nawet wzmianki.

Pamiętam dzień, kiedy lekarz powiedział mi wprost: „Pani matka nie ma już dużo czasu”. Wróciłam wtedy do domu i usiadłam przy jej łóżku. Trzymałam ją za rękę, a ona patrzyła na mnie z tym swoim łagodnym uśmiechem. — Haniu, dziękuję ci za wszystko — wyszeptała. — Bez ciebie nie dałabym rady.

Wtedy poczułam coś dziwnego — mieszaninę wdzięczności i żalu. Przecież oddałam jej wszystko: młodość, plany na studia w Krakowie, marzenia o własnej rodzinie. Moje życie zamknęło się w czterech ścianach naszego mieszkania w Łodzi. Czasem wyobrażałam sobie inne życie — takie, w którym to ja jestem ważna.

Po jej śmierci dom wypełniła cisza. Przez kilka dni chodziłam jak we śnie, załatwiając formalności i odbierając kondolencje od sąsiadów. Michał przyjechał tylko na pogrzeb. Stał obok mnie sztywno, z twarzą wyrażającą coś pomiędzy smutkiem a ulgą. Po wszystkim zaproponował kawę w pobliskiej kawiarni.

— Hania, musimy pogadać o spadku — zaczął bez ogródek. — Mama zostawiła testament.

Serce mi zamarło. Przez chwilę miałam nadzieję, że może doceniła moje poświęcenie. Że zostawiła mi chociaż ten dom, który był całym moim światem.

— Wszystko zapisała mi — powiedział Michał spokojnie, jakby mówił o pogodzie. — Ale nie martw się, możesz tu jeszcze trochę pomieszkać.

Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. — Jak to wszystko? Przecież to ja się nią opiekowałam! Ty nawet nie wiedziałeś, jakie leki bierze!

Wzruszył ramionami. — Mama zawsze mówiła, że jestem jej oczkiem w głowie. Może chciała mi to wynagrodzić.

Wyszłam z kawiarni bez słowa. Przez kolejne dni czułam się jak cień samej siebie. W głowie kłębiły mi się pytania: czy naprawdę byłam dla niej tylko opiekunką? Czy moje życie miało jakąkolwiek wartość poza tym, co zrobiłam dla niej?

Zaczęły się codzienne kłótnie z Michałem przez telefon. On chciał sprzedać mieszkanie jak najszybciej. Ja nie miałam dokąd pójść. Znajomi radzili mi walczyć o swoje w sądzie, ale nie miałam siły na kolejną walkę. Byłam zmęczona do granic możliwości.

Pewnego wieczoru przyszła do mnie sąsiadka, pani Zofia. Przyniosła ciasto i usiadła naprzeciwko mnie przy stole.

— Haniu, twoja mama była trudną kobietą — powiedziała cicho. — Ale ty zrobiłaś dla niej więcej niż ktokolwiek inny.

Zacisnęłam pięści pod stołem.

— A co mi z tego przyszło? — zapytałam gorzko. — Straciłam wszystko.

Pani Zofia spojrzała na mnie ze współczuciem.

— Może czas pomyśleć o sobie? Masz jeszcze życie przed sobą.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Ale jak zacząć od nowa, kiedy całe życie było podporządkowane komuś innemu?

Michał przyszedł któregoś dnia z kluczami i umową sprzedaży mieszkania.

— Musisz się wyprowadzić do końca miesiąca — powiedział bez emocji.

Patrzyłam na niego i widziałam obcego człowieka. Brata, którego znałam tylko z rodzinnych zdjęć i krótkich wizyt od święta.

Spakowałam rzeczy do dwóch walizek. Każdy przedmiot przypominał mi o matce: jej ulubiony kubek, zdjęcie z wakacji nad morzem, stara chusta pachnąca perfumami. Zostawiłam wszystko poza najpotrzebniejszymi rzeczami.

Ostatniej nocy usiadłam na pustym łóżku i płakałam jak dziecko. Czułam gniew na matkę za to, że mnie zostawiła bez niczego; na brata za jego obojętność; na siebie za to, że pozwoliłam na to wszystko.

Teraz mieszkam u koleżanki z pracy. Szukam nowego mieszkania i próbuję poukładać swoje życie na nowo. Czasem budzę się w środku nocy i pytam siebie: czy warto było poświęcić wszystko dla kogoś innego? Czy miłość naprawdę powinna być bezwarunkowa?

A może czas nauczyć się kochać samą siebie?